Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kruche. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kruche. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 lipca 2011

Na jagody...Malinowo-jagodowe-czekoladowe tartaletki



"Po co szukać jagód w lesie, skoro można iść na rynek i kupić??" Takie stwierdzenie słyszałem w swoim życiu nie raz.. Efekt? Nigdy w życiu nie byłem 'na jagodach'.. Mało tego..nigdy nie szukałem w lesie poziomek, czy jeżyn, a do zeszłego roku, grzybów..

No, nie byłem na jagodach.. Choć rok temu było blisko, kiedy to jadąc z M. leśną drogą zaproponowałem: Może się zatrzymamy i poszukamy jagód..
Tak też zrobiliśmy. Był jednak mały problem..ba, nawet kilka.. Żadne z nas nie wiedziało czy w tamtym lesie rosną jagody, czy jeszcze owocują, ani w ogóle jak takie jagodowe krzewinki wyglądają;))) Pospacerowaliśmy po lesie, powylegiwaliśmy się na polanie...i wróciliśmy do miasta, wstępując na targ po jagody;))) Tak zakończyła się nasza pierwsza jagodowa wyprawa..

Nie odpuściłem jednak tak łatwo.. Postanowiłem spróbować i w tym roku...przygotowując się jednak należycie! I tu z nieocenioną pomocą przyszła Kabamaiga.. Nie dość, że dzięki jej filmikowi dowiedziałem się, jak takie krzewinki wyglądają, to dzięki jej radom, uniknąłem bezmyślnej wyprawy do lasu w szortach i sandałkach.. Kabamaigo, dziękuję Ci bardzo:*

M. wypytała babcię gdzie znajdziemy jagody...i tak tydzień temu wsiedliśmy do samochodu i wyruszyliśmy do lasu oddalonego o ponad 60km w poszukiwaniu tych przepysznych fioletowych kuleczek!

Dzień był piękny, las uroczy, jagodzin mnóstwo, jagód...niewiele;) Tak właściwie to prawie w ogóle;) Tak...pół dnia spędziliśmy wytężając wzrok w poszukiwaniu jagódek, a znaleźliśmy ich raptem 30.. Cóż było robić..zapakowaliśmy się z powrotem, wstąpiliśmy do sklepu po gotowe ciasto francuskie..i upiekliśmy kilka rogalików.. O jagodziankach wypchanych po brzegi pysznym nadzieniem mogliśmy zapomnieć;)))



Dzisiejsze tarteletki chodziły za mną już od dłuższego czasu.. Gdy zobaczyłem je u Viri rok temu...to była miłość od pierwszego wejrzenia! Bo czy można się nie zakochać w czymś tak uroczym...i tak pysznym??

Nie oszukujmy się..to nie są ciastka z rodzaju "O Boże..Goście idą, a ja nie mam nic do kawy!". Przygotowanie poszczególnych elementów zajmuje trochę czasu, ale widząc i próbując efekt finalny, nie żałuję ani minuty spędzonej nad nimi..

W przepisie zmieniłem dwie rzeczy.. Jeżyny zastąpiłem jagódkami, jako że moja bezgraniczna miłość do niech, nie pozwoliła mi uczynić inaczej...jak i zastąpiłem malinowy krem muślinowy szybkim, jagodowym kisielem home-made;) Chciałem w ten sposób uzyskać ten piękny fioletowy kolor, skrócić trochę czas przygotowywania, jak i odjąć choć kilka kalorii;)))

Całość jest po prostu FENOMENALNA!!!!!!! Viri - mistrzowska kombinacja! Dzięki Ci bardzo:)



Malinowo-jagodowe-czekoladowe tartaletki (przepis za Viri, z drobnym, własnymi zmianami)

kruche ciasto czekoladowe:
  • 75 g miękkiego masła
  • 45 g cukru pudru
  • 1 łyżka cukru z prawdziwą wanilią
  • 30 g jajek
  • szczypta soli
  • 100 g mąki pszennej tortowej
  • 35 g gorzkiego kakao
Zmiksować masło i cały czas je miksując dodawać pozostałe składniki. Dokładnie wyrobić ciasto, uformować je w kulę, lekko spłaszczyć i owinięte w folie spożywczą włożyć do lodówki na godzinę. Następnie ciasto rozwałkować, wyłoży nim foremki do tartaletek (u mnie 7). Na cieście położyć krążek z papieru do pieczenia i wsypać na to fasolki/ryż. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 170 stopni C i piec 10 - 12 minut. Zdjąć papier i fasolki i piec jeszcze 5 - 8 minut. Wystudzić.


ganache czekoladowy:
  • 115g śmietanki kremówki
  • 125g czekolady mlecznej
Posiekać czekoladę. Śmietankę zagotować i zalać czekoladę. Wymieszać dokładnie aż do całkowitego rozpuszczenia czekolady. Schłodzić w lodówce.


biszkopt czekoladowy:
  • 200 g białek
  • 120 g cukru
  • 100 g żółtek
  • 50 g mąki pszennej
  • 50 g mąki ziemniaczanej
  • 30g gorzkiego kakao
Ubić białka z cukrem na sztywną pianę przy pomocy miksera. Dodać żółtka i zacząć lekko mieszać całość przy pomocy trzepaczki. Po trochu dodawać przesiane mąki i kakao. Gładkie ciasto wyłożyć na dużą blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Wyrównać całość szpatułką. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 200 stopni C i piec 10 minut. Wystudzić.



syrop:
  • 300g wody
  • 150g cukru
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego
  • 2 łyżki likieru czekoladowego (u mnie Bailey's)
Zagotować wodę z cukrem. Zdjąć z ognia, dodać ekstrakt i alkohol. Ostudzić.


mus:
  • 750g serka mascarpone
  • 500ml śmietanki kremówki 30%
  • 200g cukru pudru
  • 5 listków żelatyny
  • 300g świeżych malin
  • 300g świeżych jeżyn (u mnie jagódki)
Żelatynę namoczyć, następnie rozpuścić w kąpieli wodnej. Serek zmiksować z ubitą śmietaną i cukrem. Do żelatyny dodać kilka łyżek masy serowej, zamieszać. Przelać do pozostałego kremu i zmiksować. Większą część kremu wylać do dużej formy wyłożonej
papierem do pieczenia, powciskać równomiernie owoce, wylać drugą część i schłodzić.


Polewa jagodowa:
  • 100g jagód
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 15g cukru demerara
  • 25ml wody
  • płaska łyżeczka mąki ziemniaczanej
Wszystkie składniki wrzucić do rondelka. Rozgnieść jagody widelcem, zagotować. Gotować ok 1.5 - 2 minuty. Przetrzeć przez sito. Wystudzić.



Montaż tartaletek.
Przy pomocy metalowej, okrągłej foremki z biszkoptu powycinać krążki wielkości tartaletek (wewnątrz). Korpusy z ciasta przy pomocy pędzelka wysmarować wewnątrz (dno i boki) ganache czekoladowym. Krążki biszkoptu zanurzyć w syropie, włożyć do wnętrza korpusów z ciasta. Wierzch posmarować ganache. Przy pomocy tej samej okrągłej foremki powycinać krążki z zastygniętego kremu z mascarpone. Ułożyć je na tartach. Polać je polewą i wygładzić wierzchy. Ozdobić owocami i listkiem melisy. Schłodzić w lodówce przez godzinę.

środa, 9 lutego 2011

Mozart, Herme i ja...czyli wielkie świętowanie - 1. urodziny:))



Po prostu nie mogę w to uwierzyć.. Wciąż z osłupieniem wpatruję się w datę pierwszego wpisu.. I nie chce być inaczej.. Wszak dokładnie rok temu, dokładnie o godzinie 15.51, na blogu, na moim blogu pojawił się pierwszy post..

Pomyślicie "Phi, rok minął, a napisał raptem mizerne 48 postów.. I czym się tu tak chwali?" I wiecie co? Macie rację.. Wiem, wynik na kolana nie powala, ale ja i tak jestem dumny i cieszę się, z każdego z tych wpisów.
Wraz z początkiem każdego miesiąca obiecuję sobie, że będę bardziej aktywny, że będzie mnie tu, na blogu, więcej.. Tiaa, obiecanki-cacanki. Rzeczywistość tj. permanentny niedoczas, raz dwa weryfikuje moje mrzonki o licznych, długaśnych wpisach, z wyjątkowymi recepturami, okraszonymi apetycznymi zdjęciami;)))
Jest to co jest;))

Dlatego tym bardziej dziękuję Wam bardzo, za każdy dzień, który spędziliśmy 'razem', za każdy Wasz komentarz, za każde Wasze odwiedziny. Strasznie dużo to dla mnie znaczy. Niesamowite, jak kilka Waszych ciepłych słów, potrafi wyrwać mnie ze złego nastroju, skutecznie wywołując na mojej twarzy szczery uśmiech:)) Dziękuję Wam, że jesteście, i mam nadzieję, że będziecie mi towarzyszyć w dalszych kulinarnych podbojach:))



Jak na przykład w tym dzisiejszym.. W końcu pierwsze urodziny zobowiązują. Długo zastanawiałem się czym uświetnić tę okazję..przewertowałem niezliczoną ilość książek, przejrzałem jeszcze większą ilość stron w necie...aż w końcu znalazłem!

Tort Mozart autorstwa Pierre Herme..to brzmi dumnie;))

Nie muszę Was chyba przekonywać, iż ten deser, to prawdziwa uczta dla Waszych zmysłów. Wszak każdy przepis Herme, dostarcza niezapomnianych doznań.

Trzy blaty kruchego, cynamonowego ciasta, przełożone intensywnie czekoladowym musem, z zatopionym kawałkami karmelizowanych jabłek...genialne połączenie smaków i aromatów!



TORT MOZART

(wg przepisu Pierre Herme znalezionego tutaj;))

Cynamonowe kruche ciasto:
*200g masła w temp. pokojowej
*40g cukru pudru
*35g zmielonych migdałów
*8g mielonego cynamonu
*2 żółtka ugotowane na twardo
*1 łyżka ciemnego rumu
*szczypta soli
*1g proszku do pieczenia
*200g mąki

Jabłkowy wsad:
*200g jabłek Granny Smith
*15g masła
*1/2 łyżeczki cynamonu
*20g cukru (u mnie dark muscovado)
*3 łyżki ciemnego rumu

Mus czekoladowy:
*250g gorzkiej czekolady (u mnie 70% Lindt)
*70g creme fraiche
*1 laska cynamonu
*6 białek
*40g cukru

Wykończenie:
*100g gorzkiej czekolady, posiekanej na wiórki
*1/4 jabłka, pokrojonego w cienkie plasterki, natartego sokiem z cytryny
*kakao do posypania
*2 laski cynamonu do ozdobienia

WYKONANIE:

Kruche ciasto:
1. Masło ucierać mikserem, aż będzie kremowe. Dodać cukier puder, zmielone migdały, cynamon, żółtka przetarte przez sito i sól. Ucierać, aż wszystkie składniki dobrze się połączą.

2. Dodać rum i proszek do pieczenia, dobrze wymieszać. Dodać mąkę, miksować używając funkcji 'pulse', aż całość utworzy kulę

3. Ciasto podzielić na trzy równe porcje, owinąć w folię spożywczą i schować do lodówki na 3-4 godziny.

4. Wyjąć ciasto z lodówki. Każdą porcję rozwałkować na dysk o średnicy ok. 22cm. i 3-4mm grubości. (najlepiej robić to od razu na papierze do pieczenia, żeby uniknąć przenoszenia delikatnego ciasta)

5. Dyski ponakłuwać widelcem, schować do lodówki na ok 30 minut.

6. Rozgrzać piekarnik do 180stC. Piec krążki ok 15-20 minut, aż ciasto się zezłoci. Bardzo ostrożnie wyjąć z piekarnika i zostawić do ostygnięcia na płaskiej powierzchni. (Uwaga! Ciasto jest naprawdę bardzo delikatne)

Jabłkowy wsad:
1. Jabłka obrać, pokroić w kostkę (moja rada: co najmniej 1-centymetrową). W rondlu rozgrzać masło, dodać jabłka, cynamon i cukier. Chwilę karmelizować, aż jabłka będą miękkie ale ciągle zwarte. Dodać rum i podpalić (albo po prostu dodać i smażyć, aż jabłka go wchłoną). Odstawić do ostygnięcia.



Mus czekoladowy:
1. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Odstawić. Do rondla wrzucić creme fraiche i laskę cynamonu, doprowadzić do wrzenia. Usunąć cynamon, wlać śmietanę do czekolady. Wymieszać i ubijać, aż masa osiągnie temperaturę pokojową.

2. Białka ubić na pianę dodając cukier w dwóch porcjach. Ostrożnie wmieszać 1/4 do czekolady. Dodać resztę piany, delikatnie wymieszać. Ostrożnie wmieszać skarmelizowane jabłka.

3. Na czymś płaskim (np. duża deska do krojenia pokryta papierem do pieczenia) postawić okrąg cukierniczy o średnicy 22cm. Bardzo ostrożnie umieścić w nim pierwszy cynamonowy dysk. Pokryć połową musu. Przykryć drugim krążkiem, pokryć resztą musu. Przykryć trzecim krążkiem.

4. Schłodzić w lodówce przez 1,5-2godz. aż mus zastygnie. Godzinę przed podaniem, wyjąć i wykończyć.

5. Usunąć okrąg cukierniczy. Używając szerokiej łopatki, ostrożnie rozsmarować wysterczający mus, aby dokładnie pokryć boki tortu. Wierzch posypać kakao, boki obsypać wiórkami czekolady. Ułożyć na torcie plasterki jabłka, udekorować korą cynamonu.

środa, 22 grudnia 2010

Wracam...z ciasteczkami...


Gosh! Wolę nie patrzeć na datę poprzedniego posta..i tak wiem, że było to straaaasznie dawno temu.. Co się działo przez ten czas?? Gdzie byłem?? Co robiłem??
Tak!! Zgadliście...uczyłem się;p Życie.. Ale nie myślcie, że całymi dniami siedziałem nad książkami, co to to nie! Gdyż w tym czasie to i do Gdańska wpadłem na weekend (na koncert Lady Gagi:))) i do Katowic zajechałem na chwilę (po spodnie w moim rozmiarze, niedostępnym w Poznaniu;)
W kuchni też wiele czasu spędziłem, wszak ze cztery 'wigilie' już zaliczyłem (z moimi wypiekami ma się rozumieć;), jak i wielu znajomym do prezentu dorzuciłem słodki upominek. Trufelki, ciasteczka, pierniczki, krówki... Wszystko co można zapakować, i dzielić się z bliskimi:))



Ale cóż, zajęcia się skończyły, toż i jestem z powrotem z Wami. I na pierwszy ogień idą...kruchusieńkie, bardzo maślane, rozpływające się wręcz w ustach, przepyszne Cranberry Noel... Gdy je pierwszy raz zobaczyłem u Bei, a było to z dobre kilkanaście miesięcy temu, od razu się w nich zakochałem, od razu zapragnąłem je zrobić. Coś mnie jednak plany pokrzyżowało...i po ponad rocznym 'leżakowaniu' wreszcie są... Przyznaję..żałuję każdego dnia zwłoki.. Gdy pomyślę, że mogłem się nimi zajadać już w zeszłoroczne święta..
Ale zrobiłem je teraz, i strasznie się z tego cieszę. Znajomi, dość licznie obdarowani tymi ciachami, też byli zachwyceni! Polecam z całego serca!!



CRANBERRY NOEL
(przepis cytuję za Beą)

175 g masła
75 g cukru pudru
1 łyżeczka cukru waniliowego
szczypta soli
1 łyżka mleka
250 g mąki
30 g posiekanych pistacji
40 g suszonej żurawiny

+ ewentualnie 1 białko oraz 50 g drobno posiekanych pistacji do obtoczenia ciasteczek

Masło utrzeć w misie, dodać cukier puder, sól, mleko i utrzeć do białości; dodać pistacje i pokrojoną na mniejsze kawałki żurawinę, następnie dodać mąkę i dobrze wszystko wymieszać. Podzielić ciasto na dwie części i z każdej uformować wałeczek o średnicy ok. 4 cm. Można posmarować ciasto białkiem po czym obtoczyć wałeczki w drobno posiekanych pistacjach (nie obtaczałem). Zawinąć w folię i umieścić w zamrażalniku na ok. 20-30 minut. Następnie pokroić na 5-7 mm. ‘plasterki’. Układać na blasze wyłożonej papierem (niezbyt blisko siebie) i piec ok. 10-12 minut w temp. 200°. Wystudzić na kratce i przechowywać w hermetycznym pudełku.

Smacznego!




Ciasteczka dorzucam do akcji Cudawianki:))

wtorek, 28 września 2010

'Szarlotka z lodem'...ta najlepsza...


Wiem, wiem.. Mógłbym powiedzieć 'pojawiam się, i znikam, i znikam';)) Tym razem wracam już jednak na dobre. Wczoraj wróciłem z kolejnego, ostatniego już, wakacyjnego wypadu co niestety oznaczaj jedno: powrót na uczelnie.. Heh po prostu słabo mi się robi, gdy pomyślę, że już za tydzień, o tej porze, będę siedział na zajęciach. Ba, będę na nich siedział od 8 do 19.. Kto układa takie boskie plany??
Ale nie ma co się martwić na zapas;) Wszak mam jeszcze tydzień wakacji i zamierzam wykorzystać go na całego. Trzeba cieszyć się ostatnimi dniami pełnej swobody;))

Tak się akurat złożyło, że mój powrót zgrał się w czasie ze Dniem Jabłka, nad którym w naszej blogosferze, od kilku już lat, pieczę sprawuje Tatter.



Tym razem, nie mógł się on odbyć beze mnie...wszak jabłka kocham...choć nie zawsze tak było..

W moim domu, zanim to ja dorwałem się do piekarnika, 'funkcjonowały' tylko dwa ciasta z jabłkami.
Jabłecznik - jakże popularne ciacho, w którym warstwa musu jabłkowego, schowana jest między dwoma warstwami półkruchego ciasta...i...
'Szarlotka z lodem', która jednakowoż z lodem ma niedużo wspólnego (do ciasta trzeba po prostu dodać naprawdę lodowatej wody)..

To pierwsze, choć dobre, odcisnęło jednak trwały ślad w mej psychice, i stało się powodem, dla którego na wiele, bardzo wiele, lat, znienawidziłem jakże popularne w naszym kraja jabłka.
Muszę przyznać, że już w dzieciństwie nie należały one do mych ulubionych owoców... Traktowałem je jako niesmaczny przymus, który wszak musiałem znosić bardzo często. A to przez babcię, która była bardzo aktywną propagatorką jabłek... Specjalnie przygotowywała jedyną zjadliwą przeze mnie formę: dokładnie obranych ćwiartek.
(Sama, praktycznie 'od zawsze', zanim jeszcze w Polsce słyszano o dietetykach i ich radach, jadła dwa jabłka dziennie. Jak mawiała "rano dla urody, wieczorem dla zdrowia'.)

Przyszedł jednak dzień, w którym i obrane ćwiarteczki, przestały być przeze mnie tolerowane...a to wszystko przez...jabłecznik...

Nie wiem jak, nie wiem skąd ale pewnego dnia, dobrych kilkanaście lat temu, pojawiło się w moich domu mnóstwo jabłek. No i trzeba było je jakoś wykorzystać..
Co zrobiła moja mama? Upiekła jabłecznik. Caaałą blachę, którą ze smakiem pomogłem opróżnić. Potem następną, z której i ja kilka kawałków wszamałem. Kolejną, która także szybko zniknęła, z moją pomocą. A potem jeszcze jedną, i jeszcze jedną, i jeszcze jedną.. Po prostu, gdy na blaszce zostawał ostatni kawałek ciasta, mama zakasywała rękawy i zabierała się za kolejne. Efekt: znienawidziłem jabłka, znienawidziłem szarlotki, znienawidziłem wszystko, co miało coś wspólnego z tymi owocami.

Po latach jabłkowej abstynencji, z 2 lata temu, złamałem się. Kierowany nie tyle sympatią, co rozsądkiem studenta medycyny;) (wciąż gorąco podsycanym przez babcię, za co jestem jej szalenie wdzięczny) sięgnąłem po jabłko, tym razem z własnej, nieprzymuszonej woli. I wiecie co?? Po prostu się zakochałem..
No i wcinam jabłka..rano dla urody, wieczorem dla zdrowia, a i wciągu dnia, od tak, bo lubię:)) I choć zjem prawie każde, dla twardego, kwaśnego i zielonkawego glostera, czy ligola jestem w stanie oddać bardzo wiele.




Tak jak polubiłem jabłka, tak też powróciła moja sympatia do wypieków z nimi. Dziś już bez grymasu na twarzy sięgam po kawałek jabłecznika. Innymi szarlotkami także zajadam się ze smakiem. Ale szczególnym uczuciem darzę tą jedną jedyną, szarlotkę z lodem, do której pozostał we mnie olbrzymi sentyment. A dlaczego??

Przenieśmy się jeszcze na chwilę wstecz, do mojego dzieciństwa, zanim mama skrzywdziła mnie obfitością placka z jabłkami;))
Szarlotka z lodem była w moim domu utożsamiana ze smakiem absolutnym. Rzadko bywała jednak na naszym stole, mama uznawała ją wszak, za bardzo...niepraktyczną. Na samą nazwę tego ciacha, cała rodzinka momentalnie zjawiała się w kuchni, i dzielnie dzierżąc talerze w dłoni, czekała na swoją porcję. Bo porcję, każdy z domowników miał tylko jedną. I dlatego mama jej nie piekła: pracy miała sporo, a blaszka pustoszała w ciągu 5 minut.
Nie da się opisać słowami mego uczucia do tej szarlotki, po prostu ją uwielbiam. Tak bardzo, że przez całe swoje życie, NIGDY nie było dane mi spróbować jej, po wystudzeniu, nigdy nie znalazłem w sobie dość cierpliwości, żeby czekać aż wystygnie..

Cienkie, idealnie kruche, maślane i niesłodkie ciasto, wspaniale komponuje się z kawałkami jabłek okraszonymi cynamonem, z delikatną cytrynową nutą.

Ciasto mojego dzieciństwa, które z całego serca polecam każdemu!!!




'SZARLOTKA Z LODEM'
(przepis za Burda - Wykwintna kuchnia na każdy dzień)

Składniki:
Ciasto:
*250g mąki
*175g masła
*szczypta soli
*6 łyżek lodowatej wody

Nadzienie:
*1kg kruchych jabłek
*sok i skórka z 1 cytryny
*2 czubate łyżki cukru (użyłem brązowy demerara)
*1 torebka cukru waniliowego (u mnie z prawdziwą wanilią)
*odrobina cynamonu i imbiru
*50g rodzynek (pominąłem)
*2 czubate łyżeczki mąki ziemniaczanej
*marmolada morelowa
*cukier puder

Z mąki, tłuszczu i soli zrobić za pomocą widelca kruszonkę. Dodać lodowatą wodę i zagnieść. (Włożyć na godzinę do lodówki). Rozwałkować na 1 większy i 1 mniejszy okrągły placek. Tortownicę (o śr. 23cm) wyłożyć większym plackiem, nakłuć kilkakrotnie widelcem. Obrane, wypestkowane cząstki jabłek wymieszać z sokiem z cytryny, cukrem, cukrem waniliowym, cynamonem, imbirem, rodzynkami i mąką ziemniaczaną, rozłożyć na spodzie ciasta, przykryć mniejszym plackiem, brzegi mocno przycisnąć. Piec ok 40 minut w temperaturze 200stC. Jeszcze gorącą osmarować podgrzaną marmoladą morelową, po wystudzeniu polać lukrem z cukru pudru (lub po prostu posypać cukrem pudrem).

sobota, 5 czerwca 2010

Skubaniec, 10 zdjęcie...i bełkot przepracowanego studenta;p

Bo to wszystko nie tak miało być..
Nie miało mnie być teraz w domu..
Nie miało tu być skubańca..
No i, nie miało być mi tak źle;(



Wiem, brzmi to wszystko jak jeden wielki bełkot, ale jakoś ostatnio nie potrafię się ogarnąć;) Od nadmiaru nauki jestem jakiś taki nieobecny..zarówno tu, w wirtualnym świecie, jaki i, co gorsze, w tym rzeczywistym.

Ale po kolei..

Długi weekend zapowiadał się świetnie.. Piękna pogoda, wypad całą rodziną za miasto, tak upragniona chwila relaksu. I wszystko byłoby cudnie, gdyby nie...farmakologia... I ogromniaste zaliczenie, czające się na mnie w środę po tym weekendzie, na które kompletnie nic nie umiałem (heh tak to już jest jak przez cały semestr nie otworzyło się ani razu podręcznika://) Nie była to łatwa decyzja..ale jaka odpowiedzialna: postanowiłem: zostaję w domu, odbiję to sobie za trzy tygodnie, po sesji..

Żeby jednak osłodzić sobie troszkę ten niewdzięczny czas, postanowiłem upiec coś pysznego, tylko dla mnie:D Wybór był oczywisty: sernik!! Dlatego też, w środę, zaraz po powrocie z zajęć, wygrzebałem ze spiżarni małą tortownicę i zabrałem się do pracy. Nazajutrz, w Boże Ciało, gdy tylko rodzice z siostrą wyjechali, postanowiłem skosztować moje ciacho. Porzuciłem opasłe tomiska z farmy i udałem się do kuchni. I już chciałem ukroić sobie kawałeczek, kiedy w ostatniej chwili, wyrywając się z jakiegoś otępienia uświadomiłem sobie: Zdjęcia!!
Ogarnąłem trochę okolicę 'planu zdjęciowego', przełożyłem sernik na paterę, i właśnie go przenosiłem, kiedy...no cóż..tylko proszę Was, nie śmiejcie się ze mnie;), ni stąd ni zowąd, z przerażeniem zdałem sobie sprawę, iż...zapomniałem jakże 'istotnych' wskazań do stosowania betanecholu (taaa, jednego z leków) i ogarnął mnie taki irracjonalny strach...że z tego wszystkiego, sernik wylądował na podłodze, razem z paterą, która roztrzaskała się w pył. A wraz z nią moje marzenia o pysznym, kremowym kawałeczku ciasta.. Eh jak jest już źle, to nie da rady, musi być jeszcze gorzej..

I tak zostałem bez sernika;(( Za to teraz, na kolokwium, nie zagnie mnie już żadne pytanie z betanecholu;)))

Byłem zły, bardzo zły. Chciałem coś słodkiego.. Co było robić? Musiałem coś upiec. Tylko co? Maślankowe z truskawkami? Wszystkie truskawki już zjadłem.. Muffiny z rabarbarem? Eee, skończył się.. Brownies? Nie mam tyle czekolady.. Do każdego ciasta czegoś mi brakowało, a sklepy pozamykane;((

Skubaniec?!? Gdzieś tam ostał się chyba jeszcze słoik maminego wiśniowego dżemu..będzie idealny!!

I oto jest. Skubaniec. A raczej był, gdyż w swoim rozgoryczeniu, sam nie wiem jak, w mgnieniu oka, opróżniłem całą blaszkę;p

I jest mi lepiej. A raczej było.. Teraz znowu czeka mnie kolejny dzień z farmakologią, tym razem, już bez ciasta:(((



SKUBANIEC

(przepis za Komarką)

*200 g masła,
*4 jajka,
*3 szklanki mąki,
*1,5 łyżeczki proszku do pieczenia,
*1 szklanka i 2 łyżki miałkiego cukru,
*szczypta soli,
*2 łyżki kakao,
*słoik gęstego dżemu (najlepiej kwaskowatego)

Zimne masło posiekać z mąką, proszkiem do pieczenia, 2 łyżkami cukru, szczyptą soli i 4 żółtkami. Szybko zagnieść ciasto. Podzielić je na 3 części i jedną zagnieść z kakao. Uformować 3 kule i zostawić w lodówce na około godzinę.
Białka utrzeć ze szklaną cukru na sztywną pianę. Schłodzone ciasto białe starkować na dno tortownicy i posmarować grubą warstwą dżemu. Kakaową część ciasta starkować na dżem i ułożyć na niej pianę z białek. Na wierzch starkować ostatnią białą część ciasta. Piec około 40 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni (najlepiej z termoobiegiem, aby ładnie wysuszyć bezę).



No i 10 zdjęcie.. Myniolinka zaprosiła mnie do udziału w zabawie, polegającej na pokazaniu 10 zdjęcia w 10 folderze. Jako że zdjęcia mam na dwóch komputerach, w każdym na kilku różnych dyskach, dalej, w kilku różnych folderach, wybór tego 10 był trochę kłopotliwy. Gdy jednak udało mi się znaleźć 'tę' fotkę, okazało się, że jest to...zdjęcie preparatu histologicznego jelita grubego, które raczej niezbyt pasuje na tego bloga;))
Dlatego postanowiłem trochę nagiąć zasady, i wrzucam 10 zdjęcie, z 10 folderu ale z folderu 'wakacje'..



Patrząc na to zdjęcie, jakoś od razu poprawił mi się humor..

Heh udanego weekendu Wam życzę!!!

Ja tymczasem, wracam do książek;((((((

poniedziałek, 3 maja 2010

Tarta rabarbarowa po alzacku.. Genialna..



Możecie się ze mnie śmiać, możecie nie wierzyć...ale do wczorajszego dnia, nigdy nie miałem w swoich ustach rabarbaru..

Nigdy nie rozumiałem, jak można jeść coś...co się tak nazywa;) Ze wszelkich ciast, drożdżówek, zawsze wyrzucałem to różowe 'coś'. Dziś żałuję.. Tyle straconych lat, w ciągu których mógłbym cieszyć się jego obłędnym smakiem.. No trudno..

Na szczęście się przełamałem, spróbowałem, i pokochałem..

Na swój rabarbarowy debiut czekałem prawie cały rok. Od lipca. Właśnie wtedy coś we mnie pękło, czy jak lubię sam o tym myśleć, właśnie wtedy 'kulinarnie' dojrzałem.
Wcześniej, mimo posiadania dowodu osobistego;) mentalnie byłem bardzo dziecinny:

-Lubisz ...?
-Niee..
-A próbowałeś?
-No nie.
-No to spróbuj.
-No ale ja nie lubię..

Wcześniej często tak wyglądały moje rozmowy o jedzeniu. Teraz jest inaczej. Próbuję wszystko, co się da. Korzystam z każdej możliwości, aby poznać nowe smaki, aby spróbować czegoś nowego. Oczywiście dalej są rzeczy, których nie lubię, tylko teraz, wiem przynajmniej jak smakują;)))

Ale wracając do rabarbaru.. Kiedy w piątek, będąc na ryneczku zobaczyłem rabarbar, wpadłem w ekstazę! Nareszcie, pomyślałem. Przeciskałem się pomiędzy tłumem emerytów przechadzającymi się niespiesznie pomiędzy straganami (było to ok godz. 11), chcąc zdobyć upragnione łodygi. W popłochu rozglądałem się na boki: który wybrać? Długi? Krótki? Cienki? Gruby? Nie miałem pojęcia... Zadzwoniłem do mamy. Niestety, nie potrafiła mi doradzić. W końcu..stanąłem w najdłuższej kolejce, uznając ją za dobry znak i kupiłem swój pierwszy w życiu rabarbar.

Nie trudno się domyślić, iż wybór łodyg na rynku, był niczym w stosunku do mojego późniejszego utrapienia, jakim był wybór odpowiedniej dla nich oprawy. Dobrych kilka godzin spędziłem przed monitorem przeglądając setki przepisów, wiele było ciekawych, wiele w najbliższej przyszłości niewątpliwie wypróbuję, żaden jednak nie był odpowiedni na ten 'pierwszy raz'. Kolejne godziny spędziłem wertując książki kucharskie, aż wreszcie znalazłem.. Stwierdziłem, że Pierre Hermé i jego Tarta rabarbarowa po alzacku, będzie idealną inauguracją mojej rabarbarowej przygody...

I się nie pomyliłem..



Tarta jest przepyszna. Cienki kruchy spód, kawałki kwaskowatego rabarbary zatopione w polewie migdałowej, a całość schowana pod grubą, migdałową, kruszonkową pierzynką.. Czyż to nie brzmi wspaniale??

Przepis zaczerpnąłem z książki "Desery" Pierre Hermé. Musiałem wprowadzić w nim jednak do niej małe zmiany - jedne celowo, inne mniej. Po prostu, po zrobieniu kruchego ciasta, okazało się, iż jest go trochę mało.. Obawiając się, że podobnie może być z pozostałymi składnikami, za wczasu zwiększyłem ich ilość...i to była bardzo dobra decyzja!!
Druga, trochę mniej zamierzona zmiana - ilość masła w polewie migdałowej - musiałem je zmniejszyć..gdyż więcej nie miałem (wg przepisu, polewy na tarcie powinno być o połowę mniej i na tyle byłem przygotowany). Kupiłem 250gramowe masło z Kościana, z którego po zrobieniu spodu i kruszonki zostało mi tylko 75g, i właśnie tyle dałem do ciasta (nie chciałem dodawać solonego, a tylko takie miałem jeszcze w domu)...i stwierdzam, że i tak mogłoby być go trochę mniej..
Całość smakuje jednak obłędnie...

Jest jednak sprawa, która bardzo mnie zaintrygowała.. Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby ktoś z Was, potrafił rozwiać moje wątpliwości..
Moje odwieczne wyobrażenie o rabarbarze było takie, iż jest to intensywnie różowe warzywo. Wszelkie ciasta, crumble, czy dżemy, z którymi się w życiu spotkałem...były czasem wściekle, czasem mniej, ale zawsze różowe. Jakie więc było zdziwienie, gdy po przekrojeniu łodyg, ukazał się moim oczom...zielony środek. Pierwsza myśl - jest niedojrzały!! Druga - może trzeba było wziąć dłuższe/krótsze, grubsze/chudsze łodygi..
No nie potrafię tego pojąć;(( Czy moglibyście mi pomóc?? Bo na samą myśl o np. rabarbarowym crumble, w kolorze przeżutej trawy robi mi się słabo;))

Gorąco polecam!!!




TARTA RABARBAROWA PO ALZACKU

(przepis na formę o śr. 26cm - uwzględniłem w nim swoje zmiany ilości składników)

Kruchy spód:
* 125g masła, w temperaturze pokojowej
* pół łyżeczki miałkiej soli
* 33ml zimnego mleka lub wody
* 165g mąki

Owocowe nadzienie:
* 600g rabarbaru
* 60g cukru pudru

Polewa migdałowa:
* 2jajka
* 150g cukru pudru
* 5 łyżek mleka
* 5 łyżek kremówki
* 50g mielonych migdałów
* 75g oziębionego masła, pokrojonego na wiórki (w oryginale 110g)

Kruszonka migdałowa:
* 75g masła, oziębionego
* 75g cukru, drobnego kryształu
* 75g mąki
* 75g utartych migdałów
* szczypta soli
(* garść płatków migdałowych - S.)

Owocowe nadzienie:
W przeddzień obrać rabarbar, pokroić na kawałki długości 2cm i włożyć o dużej miski. Posypać cukrem pudrem, przykryć i odstawić na co najmniej 8 godzin.

Kruchy spód:
Masło pokroić na bardzo małe kawałki i włożyć do salaterki. Rozgnieść drewnianą szpatułką i lekko utrzeć.
Do miseczki wlać mleko (lub wodę), dodać sól, i mieszać, aż sól się rozpuści. Płyn stopniowo połączyć z masłem ciągle mieszając drewnianą szpatułką.
Mąkę przesiać przez sitko. Stopniowo dosypując mąkę do masy maślanej, mieszać, aż składniki się połączą.
Ciasto przełożyć na stolnicę i wygniatać wewnętrzną stroną dłoni, aż będzie gładkie. Uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i wstawić na dwie godziny do lodówki.

Rabarbar włożyć do cedzaka i osączać przez 30 minut.

Nagrzać piekarnik do 180stC.

Ciasto rozwałkować na okrągły placek, wyłożyć nim formę do tarty o średnicy 26cm. Ponakłuwać widelcem.
Ciasto przykryć krążkiem pergaminu i formą napełnić suchą fasolą.
Wstawić do piekarnika na 15 minut.

Polewa:
W miseczce utrzeć jajka z cukrem. Wlać mleko i śmietankę. Dodać migdały i masło, wymieszać.

Kruszonka:
Masło pokroić w kostkę o boku ok. 1,5cm. Włożyć do salaterki, dodać cukier, sól, mąkę i utarte migdały. Rozcierać drewnianą łyżką, aż utworzą się grudki zbliżonej wielkości. (Składniki można również rozcierać palcami, aż drobinki masła pokryją się mąką i migdałami).

Z ciasta usunąć pestki i papier. Na cieście rozłożyć rabarbar, polać polewą migdałową i wstawić do piekarnika.
Po 15 minutach pieczenia tartę posypać kruszonką migdałową (od siebie dodałem jeszcze płatki migdałowe) i piec dalej przez 20 minut.

Podawać na zimno.

środa, 7 kwietnia 2010

Mazurek z marcepanem, migdałami i żurawiną..


Dziś świątecznych wypieków ciąg dalszy..

Muszę przyznać, iż wybór mazurków w tym roku przyprawił mnie o prawdziwy zawrót głowy.. Widząc tyle różnych, tak apetycznych propozycji na Waszych blogach, nie mogłem się zdecydować..

Jednak, gdy tylko zobaczyłem TEN mazurek, wybór stał się jasny.

Kruche, cudnie maślane ciasto, marcepan, żurawiny..toż to moje smaki, toż to dla mnie mazurek idealny.

Naprawdę, gorąco polecam. Efekt finalny jest PRZE-PYSZ-NY!!!





Mazurek z marcepanem, migdałami i żurawiną

(przepis za Olgą Smile)

Ciasto kruche:
* 180 g mąki
* 100 g zimnego masła
* 4 łyżki zimnej wody
* 0,5 łyżeczki soli

Masa:
* 250 g marcepanu
* 200 g mielonych migdałów
* 200 g masła
* 2 jajka
* 150 g cukru
* 100 g mąki
* 150 g suszonej lub kandyzowanej żurawiny
* garść płatków migdałowych do ozdoby
* cukier puder do posypania

Wszystkie składniki ciasta włożyć do malaksera i miksować przez chwilkę do czasu, aż powstanie masa zbijająca się w kulki. Ciasto wyjąć nas stolnicę, uformować dużą kulę i na papierze do pieczenie rozwałkować prostokąt, którym wyłożyć formę (u mnie 24x24cm). Wylepioną formę wstawić do zamrażarki na 15 minut, aby ciasto mocno się schłodziło. Spód mazurka piec 15 minut w 180 stopniach C.
W misce wymieszać bardzo dokładnie rozpuszczone masło, jajka, mąkę, suszone owoce żurawiny i zmielone migdały. Na upieczone, jeszcze ciepłe ciasto wyłożyć starty na grube wiórki marcepan i wylać masę migdałową. Ciasto posypać płatkami migdałów i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni C – piec około 45 minut. Po wystawieniu i wystudzeniu mazurka posypać cukrem pudrem.



U mnie pojawił się niestety mały problem.. Mimo że przeszukałem dwa Piotry i Pawły, zajrzałem do Almy i Carrefoura, NIGDZIE nie znalazłem masy marcepanowej. Byłem jednak tak 'napalony' na tego mazurka, że jakakolwiek zmiana nie wchodziła w grę.

Zrobiłem więc własną masę marcepanową, z genialnego przepisu Bajaderki. Masy powstaje trochę więcej, ale ze spokojem można nadmiar zamrozić i wykorzystać do innych wypieków w przyszłości.

*1 1/2 szklanki migdałów bez skórki
*1 1/2 szklanki cukru pudru
*1 białko
*1 łyżeczka ekstraktu migdałowego
*szczypta soli

Zmielić migdały partiami w malakserze, wymieszać z cukrem pudrem i reszta składników i wyrobić na gładka, twardawą masę. Schłodzić dobrze w lodówce, masa musi być zimna przed kolejną obróbką.

Kuchnia Wielkanocna 2010

wtorek, 6 kwietnia 2010

Mazurek czekoladowy...



"Jeśli się boisz, że nie potrafisz upiec staropolskiej baby czy sernika, weź się za mazurek. To najprostsze ciasto świata jest wyjątkowo wdzięczne, po prostu nie da się go zepsuć."

Takie słowa przeczytałem kiedyś w wielkanocnym dodatku do GW, z cyklu 'Kulinarny Atlas Świata'..

Ale czy tak jest oby na pewno???

Z własnego doświadczenia wiem, że nie;))

Mogę powiedzieć, że jestem kulinarnym samoukiem. Pieczenie, gotowanie - sam poznawałem ich tajniki. Od zawsze uwielbiałem oglądać książki kucharskie (nieco później zacząłem je także czytać;)). Od zawsze marzyłem, żeby przygotowywać takie cuda, jakie tam widziałem. Dlatego też, gdy zaczynałem swoje kucharzenie, wiedziałem do czego dążę...i w teorii wiedziałem jak to osiągnąć. Rzeczywistość nie była jednak taka piękna...

W kwestii 'pichcenia' raczej nigdy nie zwracałem się z radą do mamy, czy babci. Zawsze mówiłem "JA SAM".. Ich ewentualne uwagi wysłuchiwałem dopiero, gdy efekt finalny wylądował na stole (do dziś nie znoszę, gdy ktoś kręci się w kuchni, gdy ja tam urzęduję;))..

Ale wracając do 'zawsze udającego się' mazurka...

W moim domu nigdy nie było tradycji pieczenia mazurków. Sam nie wiem dlaczego. Na wielkanocnym stole rządziły serniki i baby. Dlatego parę lat temu postanowiłem to zmienić (i dobrze się stało, gdyż dziś mogę stwierdzić, że tak jak przez cały rok kocham serniki, tak w Wielkanoc, czekam tylko na mazurka..).. I tak oto mazurek stał się drugim upieczonym przeze mnie ciastem w życiu (pierwszym był murzynek, o którymś kiedyś;))

Początki były jednak trudne.. Zaopatrzony w przepis, zamknąłem się w kuchni. Wrzuciłem do miski wszystkie składniki...i zacząłem wyrabiać ciasto. Nie wiedziałem jednak wtedy, że z kruchym ciastem trzeba się jakoś specjalnie obchodzić. Mając przed oczyma widok babci zagniatającej ciasto (jak się później okazało - drożdżowe), zacząłem zagniatać, wygniatać, ugniatać...aż ciasto przyjęło postać miękkiej, obślizgłej kluchy. Nie zrażając się tym, równiutko wyłożyłem ciasto w formie, zrobiłem 'śliczny' rancik..i do pieca. Jakże byłem zdziwiony, gdy ciasto, po upływie wskazanego czasu pieczenia, było wciąż mięciutkie. Mogłem zrobić tylko jedno..piec dalej.. Możecie sobie wyobrazić, iż mój pierwszy czekoladowy mazurek, okazał się być wyjątkowo twardym i wręcz brunatnym mazurkiem:))

Od tamtego czasu, mam bzika na punkcie kruchego ciasta. Jego 'produkcję' opanowałem niemalże do perfekcji;) Chyba nigdy nie piekłem dwa razy takiego samego - jest tyle możliwych kombinacji (kruche z żółtkiem, gotowanym żółtkiem, śmietanę, lodowatą wodą...)
Jednak w te święta, odkryłem genialne kruche ciasto. Ciasto, z którym polubię się na dłużej. Ciasto, które jak żadne inne zbliżone jest do mojego kruchego ideału (którym jest kruchy spód w wypiekach Magdy Gessler, co niestety nie jest tożsame, z kruchym spodem z przepisu p. Gessler)..



Mazurek czekoladowy - najlepszy

Kruchy spód ucierany (cytuję za Asią):

*150 g miękkiego masła
*70 g miałkiego (drobnego) cukru do wypieków lub 60 g cukru pudru
*1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (niekoniecznie)
*150 g mąki pszennej
*75 g mąki ryżowej (można zastąpić ziemniaczaną)

Forma o wymiarach około 33 cm x 26 cm (mierzona po dnie)

Masło ucierać mikserem razem z cukrem przez około 6 - 7 minut. Dodać ekstrakt z wanilii oraz przesianą mąkę pszenną wraz z mąką ryżową. Miksować przez chwilę lub wygniatać ręką łącząc składniki w kulę. Zawinąć w folię i włożyć do lodówki na około 15 minut. Piekarnik nagrzać do 160 stopni.

Ciasto włożyć pomiędzy dwa arkusze papieru do pieczenia i rozwałkować na placek o grubości około 1/2 cm kształtem zbliżony do dna formy (nie musi być idealnie równy). Zdjąć górny arkusz papieru z rozwałkowanego ciasta. Placek przełożyć razem z dolnym papierem do formy, przyciąć nożem do wymiarów dna (można dokleić palcami brakujące miejsca).

Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec przez 30 minut, na lekko złoty kolor. Wyjąć z piekarnika i ostudzić. Pociągając za papier do pieczenia wyjąć ostudzony spód mazurka na blat. Można już układać dodatki i dekorować.

Masa czekoladowa (też od Asi, przeliczona na formę o wymiarach 33 cm x 26 cm:

*320g gotowej masy kajmakowej
*80g tabliczki ciemnej czekolady deserowej
*5 łyżek mleka

Do małego rondelka wrzucić wszystkie składniki. Podgrzewać na małym ogniu, ciągle mieszając. Gdy powstanie jednolita masa, rozsmarować na spodzie.





Kuchnia Wielkanocna 2010

wtorek, 30 marca 2010

Ciasteczka.. Kruche. Maślane. Pyszne...



Uwielbiam jeść drobne, kruche ciasteczka. Kocham ich maślany smak. Gdy sięgnę po jedno, nie mogę przestać - biorę drugie, trzecie..aż nie będzie już co brać;))
Nie lubię jednak robić tych drobnych, kruchych ciasteczek. A może powinienem napisać 'nie lubiłem'.. Tak, nie lubiłem! Do wczoraj..

Moje dotychczasowe 'ciasteczkowe' przygody, a raczej jedna przygoda, dość skutecznie zniechęciły mnie do podejmowania kolejnych prób. Na baaardzo długi czas.

Za ciastka wziąłem się po raz pierwszy wiele lat temu. Miałem wówczas może 12 lat i 'fazę' na wszystko co 'angielskie': nie piłem nic innego, niż 'English breakfast tea, namiętnie oglądałem BBC mimo że nie wiele tam rozumiałem, na święta Bożego Narodzenia domagałem się puddingu, a na biurku miałem oprawione zdjęcie królowej Elżbiety II, w której po cichu...się podkochiwałem;))
Dlatego też, gdy znalazłem przepis na 'angielskie ciasteczka'..po prostu musiałem je zrobić.

Jak to ja, nikogo nie dopuściłem do pomocy. Wyrzuciłem wszystkich z kuchni, otworzyłem książkę kucharską i zabrałem się do pracy. Po 10 minutach miałem wszystkiego serdecznie dość!! Ciasto w ogóle nie chciało ze mną współpracować, było tak twarde, że swoimi wątłymi rączkami, którymi ledwo trzymałem wałek, nie dawałem sobie z nim rady. Gdy już w końcu udało mi się uzyskać odpowiednią grubość ciasta, ów ciasto okazało się tak kruche, że ciasteczka łamały mi się w dłoniach, gdy przenosiłem je na blachę. I choć końcowy efekt smakowy był genialny, pot i łzy towarzyszące mi podczas robienia tych Biscuits, zniechęciły mnie na długie lata, do podjęcia jakiejkolwiek ciasteczkowej próby.

Poza tym, nie musiałem - kilka lat później odkryłem małą piekarenkę, z której 'kruche domowe' jem do dziś..

Gdy kilka dni temu zobaczyłem na jednym z moich ulubionych blogów - w Ilonkowie, śmietankowe ciasteczka, zakochałem się w nich od pierwszego wejrzenia. Ich kolor, taki maślany, podbił moje serce;) Postanowiłem zaryzykować, wypróbować...i nie żałuję. A wręcz przeciwnie! Ciastka są przepyszne. Kruche, delikatne, takie listkujące. Bardzo podobne do ciasta francuskiego. Mniami...

Ciasteczka robi się w 5 minut, dosłownie. Byłem tym faktem tak mile zaskoczony, że postanowiłem iść na żywioł i upiec coś jeszcze. Otworzyłem listę przepisów 'do wypróbowania' i odnalazłem ciasteczka, o których marzyłem od dawna, ale jakoś nigdy nie miałem odwagi ich upiec. Ujął mnie ich ich wygląd..i nazwa. Melting moments.. Muszę przyznać, że doskonale oddaje ona charakter tych ciastek. One naprawdę rozpływają się w ustach.. Są obłędne..

Reasumując: Uwielbiam jeść drobne, kruche ciasteczka..i uwielbiam je robić...

ŚMIETANKOWE CIASTECZKA Z CUKREM



Składniki na około 60 sztuk:

* 28 dag mąki pszennej
* 25 dag masła (jak najlepszej jakości - ja do kruchego ciasta ZAWSZE używam
masło z Kościana)
* 5 łyżek gęstej śmietany
* 1 żółtko
* 1 białko do posmarowania, cukier kryształ do posypania

Wszystkie składniki zagnieść i rozwałkować, wykrajać niezbyt cienkie ciasteczka. Posmarować białkiem i posypać cukrem (mocno, bo w składnikach ciasteczek nie ma przecież cukru). (Ja włożyłem już wycięte ciastka na ok godz. do lodówki). Piec na blaszce wysmarowanej margaryną i posypanej kaszą manną około 17 - 20 minut, w temperaturze 175ºC, aż będą lekko zarumienione.



(Zamiast bawić się w smarowanie blachy, piekłem ciasteczka na pergaminie. I chyba troszkę za długo je przetrzymałem w piecu, gdyż, niestety, nie są już tak śliczne, jak te u Ilki:((


MELTING MOMENTS




*210g mąki
*60 gram skrobi kukurydzianej (użyłem śmietankowego budyniu bez cukru)
*1/4 łyżeczki soli
*30g cukru pudru
*227g masła w temp. pokojowej
*1 łyżeczka esencji waniliowej

*cukier puder do obtoczenia

Wymieszać mąkę, skrobię i sól. Odłożyć. W drugiej misce 'ubić' mikserem masło z cukrem (ok. 2min), dodać esencję. Do masła dodać suche składniki, dokładnie wymieszać. Szybko zagnieść, uformować kulkę, włożyć na godzinę do lodówki.
Formować z ciasta kuleczki o średnicy ok. 2,5 cm, układać na pergaminie.

Piec 12-15 minut w temp ok. 177st. C.

Odstawić do przestygnięcia na ok 5-10 minut, po czym obtoczyć każde ciastko w cukrze pudrze.


Related Posts with Thumbnails