Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 lutego 2011

Tort czekoladowy..najczekoladowszy z czekoladowych;)))




Ufff.. Już myślałem, że nie zdążę, że tegoroczny Czekoladowy Weekend odbędzie się beze mnie..ale udało się:)))

Po zeszłorocznym debiucie w tej przepysznej akcji, kiedy to zajadałem się 'zdrowszą' wersją tradycyjnych wypieków (tj. intensywnie czekoladowym ciastem z burakiem, jak i Witaminowym brownies), w tym roku postanowiłem zaszaleć i zaprezentować Wam wypiek z kategorii tych 'zakazanych', niezdrowych i barrrdzo kalorycznych, które swój krzywdzący wpływ na naszą linię rekompensuje obłędnym smakiem i MEGA 'czekoladowością';))) Wszak ponad pół kilograma czekolady robi swoje..

Przedstawiam Wam: tort czekoladowy:)))



Tort niezwykły, dla mnie i mojej 'kariery' kuchennej - przełomowy.

Zawsze słyszałem "Po co próbować nowy, niepewny przepis? A nóż nie wyjdzie. Lepiej skorzystać z tego sprawdzonego..". A ja głupi, zamiast się zbuntować, piekłem wciąż tego samego murzynka (nota bene dziś, przez to młodzieńcze 'przesycenie', na murzynka patrzeć w ogóle nie mogę;)) Pewnego dnia powiedziałem jednak "Basta!", upiekłem ten tort...i...gadka się skończyła;)) Tort oczarował wszystkich! Myślę, że pomimo moich wcześniejszych, pysznych wypieków, dopiero to ciasto przekonało moją rodzinkę, że piec to ja naprawdę potrafię;))) Wreszcie zaufano w moje możliwości i pozostawiono wolną rękę w wyborze przepisów;)

Od tamtego momentu, tort czekoladowy gości na naszym stole raz w roku, co roku. W każdą Wigilię. Ja jednak postanowiłem go przygotować i teraz, z okazji czekoladowego święta. Dlaczego? To proste...gdy pada hasło 'ciasto czekoladowe', przed oczyma ukazuje mi się właśnie to! Dla mnie to esencja czekoladowości.

Każdy kęs tego tortu, to czysta rozkosz dla podniebienia. Chwila zapomnienia, która trwa..i trwa..i trwa.. Bo ciacho, przez swoje bogactwo, jest bardzo sycące. Nie można zjeść go za dużo na raz, za to już malutki kawałeczek daje nam tyle radości, iż nic więcej nam nie potrzeba.

Ciasto, intensywnie czekoladowe, wilgotne, takie...mięsiste, przełożone słodkim kremem z białej czekolady. Całość schowana pod leciutką śmietankowo-czekoladową kołderką.. CUDO!!!!

Gorąco Wam go polecam!



TORT CZEKOLADOWY
(za: Kuchnia, grudzień 2003; w nawiasach uwagi własne;))

CIASTO:
1,75 szklanki mąki pszennej
2 szklanki cukru
100g masła
2 jaja
1/4 szklanki kakao
125g gorzkiej czekolady
1,5 szklanki mleka
3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki esencji waniliowej

do nasączenia: 4 łyżki Amaretto

KREM:
3 szklanki śmietanki 36-procentowej
50g masła
500g białej czekolady
2 łyżeczki esencji waniliowej
1/2 łyżeczki esencji migdałowej



Ciasto: dwie tortownice o średnicy 23 cm wysmarować masłem i wyłożyć na spodzie papierem do pieczenia.
Czekoladę roztopić (w kąpieli wodnej lub ostrożnie w mikrofalówce), lekko przestudzić. Do dużej miski przesiać mąkę, kakao, proszek do pieczenia, sodę oczyszczoną i sól.
W drugiej misce, mikserem ubić masło z cukrem. Nadal ubijając, stopniowo dodawać czekoladę i esencję waniliową, a następnie po 1 jajku.
Mąkę z dodatkami podzielić na trzy porcje i dodawać do masy na przemian z porcjami mleka.
Masę rozłożyć do tortownic i piec ok 35 minut w temp. 180stC. Sprawdzić, czy ciasto jest upieczone, nakłuwając je patyczkiem.
Ciasto ostudzić, ostrym nożem odciąć od brzegów tortownicy, wyjąć i zdjąć z niego papier.
(Zamiast pieczenia ciasta w dwóch tortownicach, polecam upiec całość w jednej - piec wtedy ok.45-50 min, a po wystudzeniu przekroić na dwa blaty. Dzięki temu ciasto jest bardziej wilgotne, i takie...bardziej czekoladowe)

Krem: 3/4 szklanki śmietanki podgrzewać na małym ogniu z masłem, aż masło się roztopi. Zdjąć z ognia, dodać posiekaną białą czekoladę i mieszać trzepaczką, aż powstanie gładka masa (mi zawsze po trzeciej czekoladzie masa stygła tak bardzo, że reszta nie chciała się już roztapiać. Wtedy umieszczam masę na ok 1 min na minimalny ogień, stale mieszając). Dodać esencję waniliową.
Odlać 1,5 szklanki masy do miseczki, przykryć i chłodzić 2 godz.
Resztę masy ostudzić w temp. pokojowej.
Pozostałą śmietankę ubić, dodając pod koniec esencję migdałową. Do bitej śmietany w trzech porcjach dodać ostudzoną do temp. pokojowej masę czekoladową. Chłodzić ok 2h.

Składanie: Oba krążki ciasta nasączyć Amaretto. Jeden z nich ułożyć na paterze i posmarować schłodzonym kremem z białej czekolady. Przykryć drugim krążkiem i posmarować bitą śmietaną z masą czekoladową. Tort chłodzić 1 godz. (choć najlepiej przygotować go dzień wcześniej)

środa, 9 lutego 2011

Mozart, Herme i ja...czyli wielkie świętowanie - 1. urodziny:))



Po prostu nie mogę w to uwierzyć.. Wciąż z osłupieniem wpatruję się w datę pierwszego wpisu.. I nie chce być inaczej.. Wszak dokładnie rok temu, dokładnie o godzinie 15.51, na blogu, na moim blogu pojawił się pierwszy post..

Pomyślicie "Phi, rok minął, a napisał raptem mizerne 48 postów.. I czym się tu tak chwali?" I wiecie co? Macie rację.. Wiem, wynik na kolana nie powala, ale ja i tak jestem dumny i cieszę się, z każdego z tych wpisów.
Wraz z początkiem każdego miesiąca obiecuję sobie, że będę bardziej aktywny, że będzie mnie tu, na blogu, więcej.. Tiaa, obiecanki-cacanki. Rzeczywistość tj. permanentny niedoczas, raz dwa weryfikuje moje mrzonki o licznych, długaśnych wpisach, z wyjątkowymi recepturami, okraszonymi apetycznymi zdjęciami;)))
Jest to co jest;))

Dlatego tym bardziej dziękuję Wam bardzo, za każdy dzień, który spędziliśmy 'razem', za każdy Wasz komentarz, za każde Wasze odwiedziny. Strasznie dużo to dla mnie znaczy. Niesamowite, jak kilka Waszych ciepłych słów, potrafi wyrwać mnie ze złego nastroju, skutecznie wywołując na mojej twarzy szczery uśmiech:)) Dziękuję Wam, że jesteście, i mam nadzieję, że będziecie mi towarzyszyć w dalszych kulinarnych podbojach:))



Jak na przykład w tym dzisiejszym.. W końcu pierwsze urodziny zobowiązują. Długo zastanawiałem się czym uświetnić tę okazję..przewertowałem niezliczoną ilość książek, przejrzałem jeszcze większą ilość stron w necie...aż w końcu znalazłem!

Tort Mozart autorstwa Pierre Herme..to brzmi dumnie;))

Nie muszę Was chyba przekonywać, iż ten deser, to prawdziwa uczta dla Waszych zmysłów. Wszak każdy przepis Herme, dostarcza niezapomnianych doznań.

Trzy blaty kruchego, cynamonowego ciasta, przełożone intensywnie czekoladowym musem, z zatopionym kawałkami karmelizowanych jabłek...genialne połączenie smaków i aromatów!



TORT MOZART

(wg przepisu Pierre Herme znalezionego tutaj;))

Cynamonowe kruche ciasto:
*200g masła w temp. pokojowej
*40g cukru pudru
*35g zmielonych migdałów
*8g mielonego cynamonu
*2 żółtka ugotowane na twardo
*1 łyżka ciemnego rumu
*szczypta soli
*1g proszku do pieczenia
*200g mąki

Jabłkowy wsad:
*200g jabłek Granny Smith
*15g masła
*1/2 łyżeczki cynamonu
*20g cukru (u mnie dark muscovado)
*3 łyżki ciemnego rumu

Mus czekoladowy:
*250g gorzkiej czekolady (u mnie 70% Lindt)
*70g creme fraiche
*1 laska cynamonu
*6 białek
*40g cukru

Wykończenie:
*100g gorzkiej czekolady, posiekanej na wiórki
*1/4 jabłka, pokrojonego w cienkie plasterki, natartego sokiem z cytryny
*kakao do posypania
*2 laski cynamonu do ozdobienia

WYKONANIE:

Kruche ciasto:
1. Masło ucierać mikserem, aż będzie kremowe. Dodać cukier puder, zmielone migdały, cynamon, żółtka przetarte przez sito i sól. Ucierać, aż wszystkie składniki dobrze się połączą.

2. Dodać rum i proszek do pieczenia, dobrze wymieszać. Dodać mąkę, miksować używając funkcji 'pulse', aż całość utworzy kulę

3. Ciasto podzielić na trzy równe porcje, owinąć w folię spożywczą i schować do lodówki na 3-4 godziny.

4. Wyjąć ciasto z lodówki. Każdą porcję rozwałkować na dysk o średnicy ok. 22cm. i 3-4mm grubości. (najlepiej robić to od razu na papierze do pieczenia, żeby uniknąć przenoszenia delikatnego ciasta)

5. Dyski ponakłuwać widelcem, schować do lodówki na ok 30 minut.

6. Rozgrzać piekarnik do 180stC. Piec krążki ok 15-20 minut, aż ciasto się zezłoci. Bardzo ostrożnie wyjąć z piekarnika i zostawić do ostygnięcia na płaskiej powierzchni. (Uwaga! Ciasto jest naprawdę bardzo delikatne)

Jabłkowy wsad:
1. Jabłka obrać, pokroić w kostkę (moja rada: co najmniej 1-centymetrową). W rondlu rozgrzać masło, dodać jabłka, cynamon i cukier. Chwilę karmelizować, aż jabłka będą miękkie ale ciągle zwarte. Dodać rum i podpalić (albo po prostu dodać i smażyć, aż jabłka go wchłoną). Odstawić do ostygnięcia.



Mus czekoladowy:
1. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Odstawić. Do rondla wrzucić creme fraiche i laskę cynamonu, doprowadzić do wrzenia. Usunąć cynamon, wlać śmietanę do czekolady. Wymieszać i ubijać, aż masa osiągnie temperaturę pokojową.

2. Białka ubić na pianę dodając cukier w dwóch porcjach. Ostrożnie wmieszać 1/4 do czekolady. Dodać resztę piany, delikatnie wymieszać. Ostrożnie wmieszać skarmelizowane jabłka.

3. Na czymś płaskim (np. duża deska do krojenia pokryta papierem do pieczenia) postawić okrąg cukierniczy o średnicy 22cm. Bardzo ostrożnie umieścić w nim pierwszy cynamonowy dysk. Pokryć połową musu. Przykryć drugim krążkiem, pokryć resztą musu. Przykryć trzecim krążkiem.

4. Schłodzić w lodówce przez 1,5-2godz. aż mus zastygnie. Godzinę przed podaniem, wyjąć i wykończyć.

5. Usunąć okrąg cukierniczy. Używając szerokiej łopatki, ostrożnie rozsmarować wysterczający mus, aby dokładnie pokryć boki tortu. Wierzch posypać kakao, boki obsypać wiórkami czekolady. Ułożyć na torcie plasterki jabłka, udekorować korą cynamonu.

niedziela, 16 stycznia 2011

Piernik z guinnessem Nigelli...



...bo czasem już tak jest... Marzysz o tym, czekasz niecierpliwie, przygotowujesz się..dniami, miesiącami, nawet latami...

Jedna chwila...
Jedna decyzja niezależna od Ciebie i wszystko się wali...

Próbujesz działać, ratować swoje marzenia...bezskutecznie...

Smutek, żal, zawiedzenie...



Ciacho, mimo że na dłuższą metę nieskuteczne, choć na chwilę pozwala oderwać się, uśmiechnąć, zapomnieć..



Miękki, aromatyczny, przełożony własnymi powidłami, oblany gruuubą warstwą czekolady... Do tego..ekspresowy...

PIERNIK Z GUINNESSEM
(za "Kuchnia" Nigella Lawson)

*150 g masła plus trochę do natłuszczenia foremki
*300 g golden syrup (połowę zastąpiłem miodem)
*200 g cukru trzcinowego muscovado
*250 ml piwa Guinness
*2 łyżeczki mielonego imbiru
*2 łyżeczki mielonego cynamonu
*1/4 łyżeczki mielonych goździków
*300 g mąki pszennej
*2 łyżeczki sody oczyszczonej
*300 ml kwaśnej śmietany
*2 jajka
*(od siebie dodałem 2 łyżki posiekanej kandyzowanej skórki pomarańczowej, czubatą łyżkę kakao + dodatkowe 2 łyżki miodu)

kwadratowa foremka o boku 23cm

Rozgrzej piekarnik do 170stC. Kwadratową foremkę wyłóż folią aluminiową i wysmaruj masłem.
Włóż masło, cukier, (kakao), imbir, cynamon i mielone goździki do rondla, wlej do niego syrop i guinnessa i roztop wszystko na małym ogniu na jednolitą masę.

Zdejmij rondel z ognia i wmieszaj sodę oraz mąkę.

Wymieszaj kwaśną śmietanę z jajkami, dodaj do masy, utrzyj na gładkie ciasto. (Wmieszaj skórkę).

Przelej do przygotowanej foremki i piecz przez 45 minut. Odstaw do ostygnięcia.

(Ciasto upiekłem w większej formie, po ostygnięciu wyciąłem okrągłe mini-blaty, przełożyłem powidłami śliwkowymi, i pokryłem gruuubą warstwą czekolady stopionej z odrobiną śmietanki. Całość posypałem kandyzowaną skórką pomarańczową i suszoną żurawiną)

piątek, 31 grudnia 2010

Nasierowska i Gessler, czyli prawdziwy makowiec...


Pomyślicie: "zwariował! Makowiec na sylwestra??".. Ba, dla niektórych nawet makowiec na Boże narodzenie jest czymś egzotycznym, nieznanym. U mnie w domu jednak, od kiedy tylko pamiętam, strucla z makiem gościła na stole i w Wielkanoc, i na Boże Narodzenie, i w sylwestra. Z myślą o ostatnim dniu roku, podczas przedświątecznych wypieków, specjalnie pieczemy więcej makowców, mrozimy, a gdy nadejdzie TEN dzień, jak dziś, po prostu go wyciągamy i możemy ponownie cieszyć się cudownym smakiem krucho-drożdżowego ciasta, skrywającego we wnętrzu wilgotną, pełną bakalii masę makową.

Kiedyś makowce były domeną mojej babci, potem pałeczkę przejęła mama. Do dziś pamiętam, jak wraz z babcią mieliliśmy mak, duuuużo maku, gdyż znaczną jego część wyjadałem wprost z miski, ot zmielony mak, a później, po dodaniu miodu i bakalii...wyjadałem go jeszcze więcej;))
Minęło parę lat, makowce zaczęła robić mama, maszynka do mielenia poszła w odstawkę. W domu zapanowała era 'masy makowej w puszce'. Wiadomo, smak już nie ten.. Choć muszę przyznać, wiodący producenci tych mas, w ciągu ostatnich lat, zrobili wielkie postępy. Ich początki nie były zachęcające, otwarta puszka 'na kilometr waliła strasznie intensywnym i wybitnie syntetycznym aromatem migdałowym', coś strasznego! Dziś jest inaczej, tegoroczne puszki był nawet całkiem całkiem..

Jasne jest jednak, że nawet najlepsza masa makowa z puszki nie ma się co równać z prawdziwą, pachnącą naturalną wanilią, własnoręcznie robioną, tą domową. Dlatego w tym roku postanowiłem 'zaszaleć';) Poza struclami mojej mamy, z pieca wyszły też dwie śliczne, równiutkie strucle mojego autorstwa:))

Z wyborem nadzienia nie miałem najmniejszych wątpliwości - wszak na mikołaja, Magda Gessler, na swoim facebookowym profilu podała przepis na masę makową swojej babci Ireny. Ja, wraz ze swoją fascynacją p. Magdą, nie mogłem nie spróbować tej masy. Co prawda, jak to zwykle bywa z jej przepisami, zapomniała dodać, kiedy dorzucić niektóre składniki, dlatego upchnąłem je według własnego uznania;)
Z ciastem też nie miałem większych dylematów..21 stron komentarzy, wychwalających przepis Zofii Nasierowskiej (podany na cin cinie) zrobił na mnie wrażenie...tak jak i gotowe ciasto zresztą.

Efekt przeszedł moje oczekiwania. Pyszne, miłe w obsłudze ciasto, aromatyczna, pełna bakalii, zyskująca z każdym dniem masa makowa. Genialne połączenie.

(Robiąc ciasto z całej porcji i masę makową z połowy, wyszły mi dwie długaśne strucle)



Moi drodzy,
życzę Wam udanej zabawy sylwestrowej, oraz szczęśliwego Nowego Roku, pełnego niezapomnianych chwil, spełnionych marzeń i samych pysznych, 'prawdziwych' smaków:)))


MAKOWIEC


Ciasto z przepisu na makowiec wg Zofii Nasierowskiej (za Joanną z cin cin)

*50 dag mąki tortowej
*6 dag drożdży (ja daję 5 dag)
*10 dag cukru - pudru
*1/2 szklanki kwaśnej, gęstej śmietany
*20 dag masła
*1 jajko
*3 żółtka
*otarta skórka z cytryny
*1/2 utłuczonej laski wanilii
*szczypta soli

Mąkę przesiać na stolnicę. Drożdże rozetrzeć z 2 łyżkami cukru -pudru, wymieszać ze śmietaną. Do mąki dodać resztę cukru, masło, posiekaną wanilię, przesiekać. Dodać rozmącone jajko, żółtka i śmietanę. Szybko zagnieść niezbyt ścisłe ciasto. Podzielić je na 2 części. Każdą rozwałkować na prostokąt, nałożyć masę makową i zwinąć.
Pergamin wysmarować masłem. Zwinięte strucle przenieść na pergamin i włożyć do podłużnych blaszek. Wstawić do piekarnika (120 stopni) nie domykając drzwiczek (zapomniałem uchylić, a i tak wszystko było ok). Jak podrosną (25 -30 min.) zwiększyć płomień do 180 stopni, zamknąć piekarnik i piec jeszcze 30 minut.



Przepis na masę makową podany przez Magdę Gessler
(w nawiasach moje adnotacje; cyt. za autorką)

*pół kilo niestęchłego i nie tureckiego maku. Niebieskiego polskiego maku
*litr mleka tłustego
*laska wanilii
*200 gr drobnych blond rodzynek
*50 gr rumu
*szklankę czarnej zaparzonej herbaty
*kieliszek amaretto
*pipetką odmierzona kropla zapachu migdałowego. Dozwolone do 2 kropli - nigdy więcej!
*Skórki smażonej pomarańczowej pełen kubek
*200 gr orzechów włoskich nie zjełczałych
*200 gr migdałów lekko zrumienionych, obranych
*skórka 4 cytryn umytych i otartych na najcieńszej tarce
*kogiel-mogiel z 6 żółtek - cukru szklanka
*6 białek na końcu ubitych z odrobiną soli
*Kostka masła
*szklanka miodu lipowego lub wrzosowego

Parzymy mak w mleku, czyli do wrzącego mleka wsypujemy cały mak. Dodajemy laskę wanilii przekrojona na pół wzdłuż. W tym czasie rodzynki wrzucamy do wrzącej herbaty z rumem, aby były miękkie i otwarte.

Kiedy mak będzie rozcierał się w palcach, wylewamy go na drobne sito.
Na patelni rozpuszczamy masło, aż do momentu, kiedy zacznie pachnieć orzeszkiem laskowym, wrzucamy na wielką patelnię zmielony (3 krotnie - cienkie sito) mak. Dodajemy wszystkie bakalie, skórki i miód (w tym momencie dodałem też aromat migdałowy - 1 kroplę!;). Rodzynki odsączamy z herbaty. Prażymy wszystko, aż zacznie pachnieć. Robimy kogiel-mogiel na puch i kiedy mak odstawiony z ognia ostygnie i będzie letni dodajemy kogiel-mogiel. Mieszamy dokładnie...

Ubijamy białka na sztywno i też dodajemy do całej masy makowej. (Na koniec wlałem 50ml amaretto). Już jest gotowy mak do makowca. Ma być rzadki - jak gęsta śmietana.

środa, 29 grudnia 2010

Piernik Staropolski na świąteczny nastrój


No i skończyły się święta:(( Choć ja nie mogę narzekać..wszak wciąż mam wolne.. Mogę spać do południa jeśli tylko chcę, mogę godzinami przeglądać nowe książki kucharskie, które dostałem od Gwiazdora, mogę wpatrywać się w spowitą śniegiem okolicę, ciesząc się, że jestem po tej cieplejszej stronie szyby, mogę...
...mogę po prostu rozsiąść się wygodnie w fotelu, przy choince, z kubkiem ciepłej herbaty w jednej ręce i kawałkiem pysznego ciasta w drugiej, i cieszyć się z tego, że mam tyle możliwości;))

Nie wiem jak u Was ale u mnie w domu wciąż jest jeszcze pełno świątecznych wypieków.. Zaszalałem w tym oku, ot co;) Ale dzięki temu, ciągle czuję świąteczną atmosferę.. Bo czy znacie lepszy sposób na ten magiczny nastrój, niż spory kawałek obłędnego piernika? Ja nie;) Dla mnie właśnie korzenne ciasto (mimo że jem takie przez cały rok;))) jest kwintesencją Bożego Narodzenia. Dlatego w tym roku postanowiłem upiec piernik staropolski. Wyjaśniać czym się on wyróżnia spośród całej gamy korzennych ciast chyba nie muszę, już chyba każdy o nim słyszał..

Muszę się jednak przyznać, iż miałem pewne opory przed przygotowaniem tego ciasta. Nie mam bowiem zbyt udanych doświadczeń z długo dojrzewającymi słodkościami.. Wiele lat temu, w trakcie mojej bezgranicznej fascynacji Wielką Brytanią (o której wspominałem tutaj) oczywistością dla mnie było, że na moim wigilijnym stole nie może zabraknąć tradycyjnego Christmas Pudding:) Ależ byłem wtedy podekscytowany kompletując wszystkie potrzebne bakalie, szukając odpowiedniego brandy, gotując pudding kilka godzin, doglądając go, gdy dojrzewał. I wszystko byłoby ekstra...gdyby nie fakt, iż w trakcie tego leżakowania, po prostu mi spleśniał;)))

Setki wszechobecnych w necie pozytywnych komentarzy, wręcz zachwytów, przekonały mnie jednak do podjęcia 'ryzyka' i nastawienia ciasta na piernik staropolski. I była to najlepsza decyzja, jaką tylko mogłem podjąć!! Piernik jest po prostu fenomenalny! Bardzo aromatyczny i z każdym dniem coraz lepszy.

Swój piernik przełożyłem powidłami i masą marcepanową, a całość oblałem błyszczącą polewą czekoladową. Ideał!!!


PIERNIK STAROPOLSKI

Ciasto przygotować na ok. 5-6 tyg. przed świętami!

Składniki:

* 1 kg mąki pszennej
* pół kg miodu
* 2 szklanki cukru
* 25 dag masła lub smalcu
* 3 jajka
* 3 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej
* pół szklanki mleka
* pół łyżeczki soli
* 2 - 3 torebki przyprawy do piernika (40 g w torebce)

Miód, cukier i masło podgrzać stopniowo, niemal do wrzenia, wymieszać, ostudzić.

Do chłodnej masy dodać przesianą mąkę pszenną, jajka, sodę rozpuszczoną w połowie szklanki mleka, sól i przyprawę do piernika. Ciasto starannie wyrobić i przełożyć do kamionkowego lub emaliowanego garnka. Przykryć ściereczką i odstawić w chłodne miejsce na 5 - 6 tygodni (odłożyłem do lodówki).
Piec 3 - 4 dni przed świętami.

Pieczenie:

Ciasto podzielić na 3 części, rozwałkować (najlepsza grubość około pół cm) i piec w dużej blaszce w temperaturze około 160 - 180ºC (zależy od piekarnika) przez około 15 - 20 minut (zależy od grubości placka). Placki ochłodzić.

Ochłodzone placki przełożyć podgrzanymi powidłami śliwkowymi (można je wymieszać z bakaliami), przykryć arkuszem papieru i równomiernie obciążyć, odstawić do 'skruszenia' na 3 - 4 dni.

Piernik polać czekoladą lub lukrem (z lukrem dłużej się przechowuje). Długo zachowuje świeżość, wystarczy go zawinąć w papier lub ściereczkę, by nie wysychał.

Ważna uwaga:

Wyrobione ciasto jest dość luźne. Po leżakowaniu w zimnie tężeje i daje się rozwałkowywać (trzeba jednak podsypywać mąką).

Masa marcepanowa:
(za Tatter; zrobiłem z 1.5 porcji)

*125g mielonych migdałów
*50g drobnego cukru
*50g cukru pudru
*2 jajka
*1 łyżka soku z cytryny
*1 łyżka soku z pomarańczy
*1 łyżka ekstraktu migdałowego

Jajka ubić z cukrem w kąpieli wodnej. Gdy masa znacznie zgęstnieje i powiększy objętość, zdjąć z ognia i zostawić do wystudzenia. Dodać zmielone migdały, sok i ekstrakt migdałowy. Schłodzić przed rozsmarowaniem.

Polewa kakaowa, z żelatyną, łatwa do krojenia
(za Cinką z cincin; zrobiłem z 1.5 porcji)

Składniki :

* 4 łyżki cukru
* 2 łyżki śmietany
* 3 łyżki kakao
* 60 g masła
* 1 łyżeczka żelatyny

Żelatynę zalać niewielką ilością zimnej wody. Pozostałe składniki zagotować.

Gdy żelatyna napęcznieje, podgrzać ją do całkowitego rozpuszczenia (razem z wodą, w której się moczyła) - i dodać do masy. Dokładnie wymieszać i wystudzić. Polać ciasto.

Polewa jest lśniąca, lekko elastyczna, zastyga ładnie ale daje dużo czasu na dokładne rozsmarowanie, nie tworzą się smugi, nie brudzi palców przy jedzeniu z ręki i nie kruszy się przy krojeniu ciasta.

wtorek, 28 września 2010

'Szarlotka z lodem'...ta najlepsza...


Wiem, wiem.. Mógłbym powiedzieć 'pojawiam się, i znikam, i znikam';)) Tym razem wracam już jednak na dobre. Wczoraj wróciłem z kolejnego, ostatniego już, wakacyjnego wypadu co niestety oznaczaj jedno: powrót na uczelnie.. Heh po prostu słabo mi się robi, gdy pomyślę, że już za tydzień, o tej porze, będę siedział na zajęciach. Ba, będę na nich siedział od 8 do 19.. Kto układa takie boskie plany??
Ale nie ma co się martwić na zapas;) Wszak mam jeszcze tydzień wakacji i zamierzam wykorzystać go na całego. Trzeba cieszyć się ostatnimi dniami pełnej swobody;))

Tak się akurat złożyło, że mój powrót zgrał się w czasie ze Dniem Jabłka, nad którym w naszej blogosferze, od kilku już lat, pieczę sprawuje Tatter.



Tym razem, nie mógł się on odbyć beze mnie...wszak jabłka kocham...choć nie zawsze tak było..

W moim domu, zanim to ja dorwałem się do piekarnika, 'funkcjonowały' tylko dwa ciasta z jabłkami.
Jabłecznik - jakże popularne ciacho, w którym warstwa musu jabłkowego, schowana jest między dwoma warstwami półkruchego ciasta...i...
'Szarlotka z lodem', która jednakowoż z lodem ma niedużo wspólnego (do ciasta trzeba po prostu dodać naprawdę lodowatej wody)..

To pierwsze, choć dobre, odcisnęło jednak trwały ślad w mej psychice, i stało się powodem, dla którego na wiele, bardzo wiele, lat, znienawidziłem jakże popularne w naszym kraja jabłka.
Muszę przyznać, że już w dzieciństwie nie należały one do mych ulubionych owoców... Traktowałem je jako niesmaczny przymus, który wszak musiałem znosić bardzo często. A to przez babcię, która była bardzo aktywną propagatorką jabłek... Specjalnie przygotowywała jedyną zjadliwą przeze mnie formę: dokładnie obranych ćwiartek.
(Sama, praktycznie 'od zawsze', zanim jeszcze w Polsce słyszano o dietetykach i ich radach, jadła dwa jabłka dziennie. Jak mawiała "rano dla urody, wieczorem dla zdrowia'.)

Przyszedł jednak dzień, w którym i obrane ćwiarteczki, przestały być przeze mnie tolerowane...a to wszystko przez...jabłecznik...

Nie wiem jak, nie wiem skąd ale pewnego dnia, dobrych kilkanaście lat temu, pojawiło się w moich domu mnóstwo jabłek. No i trzeba było je jakoś wykorzystać..
Co zrobiła moja mama? Upiekła jabłecznik. Caaałą blachę, którą ze smakiem pomogłem opróżnić. Potem następną, z której i ja kilka kawałków wszamałem. Kolejną, która także szybko zniknęła, z moją pomocą. A potem jeszcze jedną, i jeszcze jedną, i jeszcze jedną.. Po prostu, gdy na blaszce zostawał ostatni kawałek ciasta, mama zakasywała rękawy i zabierała się za kolejne. Efekt: znienawidziłem jabłka, znienawidziłem szarlotki, znienawidziłem wszystko, co miało coś wspólnego z tymi owocami.

Po latach jabłkowej abstynencji, z 2 lata temu, złamałem się. Kierowany nie tyle sympatią, co rozsądkiem studenta medycyny;) (wciąż gorąco podsycanym przez babcię, za co jestem jej szalenie wdzięczny) sięgnąłem po jabłko, tym razem z własnej, nieprzymuszonej woli. I wiecie co?? Po prostu się zakochałem..
No i wcinam jabłka..rano dla urody, wieczorem dla zdrowia, a i wciągu dnia, od tak, bo lubię:)) I choć zjem prawie każde, dla twardego, kwaśnego i zielonkawego glostera, czy ligola jestem w stanie oddać bardzo wiele.




Tak jak polubiłem jabłka, tak też powróciła moja sympatia do wypieków z nimi. Dziś już bez grymasu na twarzy sięgam po kawałek jabłecznika. Innymi szarlotkami także zajadam się ze smakiem. Ale szczególnym uczuciem darzę tą jedną jedyną, szarlotkę z lodem, do której pozostał we mnie olbrzymi sentyment. A dlaczego??

Przenieśmy się jeszcze na chwilę wstecz, do mojego dzieciństwa, zanim mama skrzywdziła mnie obfitością placka z jabłkami;))
Szarlotka z lodem była w moim domu utożsamiana ze smakiem absolutnym. Rzadko bywała jednak na naszym stole, mama uznawała ją wszak, za bardzo...niepraktyczną. Na samą nazwę tego ciacha, cała rodzinka momentalnie zjawiała się w kuchni, i dzielnie dzierżąc talerze w dłoni, czekała na swoją porcję. Bo porcję, każdy z domowników miał tylko jedną. I dlatego mama jej nie piekła: pracy miała sporo, a blaszka pustoszała w ciągu 5 minut.
Nie da się opisać słowami mego uczucia do tej szarlotki, po prostu ją uwielbiam. Tak bardzo, że przez całe swoje życie, NIGDY nie było dane mi spróbować jej, po wystudzeniu, nigdy nie znalazłem w sobie dość cierpliwości, żeby czekać aż wystygnie..

Cienkie, idealnie kruche, maślane i niesłodkie ciasto, wspaniale komponuje się z kawałkami jabłek okraszonymi cynamonem, z delikatną cytrynową nutą.

Ciasto mojego dzieciństwa, które z całego serca polecam każdemu!!!




'SZARLOTKA Z LODEM'
(przepis za Burda - Wykwintna kuchnia na każdy dzień)

Składniki:
Ciasto:
*250g mąki
*175g masła
*szczypta soli
*6 łyżek lodowatej wody

Nadzienie:
*1kg kruchych jabłek
*sok i skórka z 1 cytryny
*2 czubate łyżki cukru (użyłem brązowy demerara)
*1 torebka cukru waniliowego (u mnie z prawdziwą wanilią)
*odrobina cynamonu i imbiru
*50g rodzynek (pominąłem)
*2 czubate łyżeczki mąki ziemniaczanej
*marmolada morelowa
*cukier puder

Z mąki, tłuszczu i soli zrobić za pomocą widelca kruszonkę. Dodać lodowatą wodę i zagnieść. (Włożyć na godzinę do lodówki). Rozwałkować na 1 większy i 1 mniejszy okrągły placek. Tortownicę (o śr. 23cm) wyłożyć większym plackiem, nakłuć kilkakrotnie widelcem. Obrane, wypestkowane cząstki jabłek wymieszać z sokiem z cytryny, cukrem, cukrem waniliowym, cynamonem, imbirem, rodzynkami i mąką ziemniaczaną, rozłożyć na spodzie ciasta, przykryć mniejszym plackiem, brzegi mocno przycisnąć. Piec ok 40 minut w temperaturze 200stC. Jeszcze gorącą osmarować podgrzaną marmoladą morelową, po wystudzeniu polać lukrem z cukru pudru (lub po prostu posypać cukrem pudrem).

piątek, 3 września 2010

Lubię...oj lubię..Fudge Truffle Cheesecake (sernik czekoladowy)


W blogosferze buszuje nowa zabawa "Lubię...". Większość z Was już pewnie ją zna, większość już zapewne stworzyło swoje własne Top-listy. Dziś przyszedł czas na mnie:))
Do zabawy zaprosiły mnie Nicole, Ola, Lo oraz Majanka.. Dziękuję Wam bardzo:)))

Oto moje TOP 10:

Lubię spędzać czas z M., moją very-very-best-friend, która dzielnie znosi moje dziwne, czasem szalone i absurdalne pomysły, która nie patrzy na mnie krzywo, gdy jak mantrę powtarzam: 'poróbmy coś aktywnego';))) Kocham ją za to:))

Lubię, siedząc nad stertą książek, zawalony nauką myśleć "co by było gdyby..co by było gdybym tak rzucił medycynę??"..i snuć wizję swojego idyllicznego życia, bez podręczników, bez nauki, bez kolokwiów..

Lubię dostawać to, na co mam ochotę, w chwili, gdy tego chcę;)) Choćby miało to np. oznaczać dziesiątki telefonów do wszystkich lokalnych piekarni, bom będąc na wakacjach, niedzielnym popołudniem zapragnął świeżutkiej drożdżówki..

Lubię...planować. Co wieczór, leżąc w łóżku, ustalam własne menu na następny dzień; wychodząc z domu, mam już w głowie cały 'plan podróży', co, gdzie, kiedy; przed rozpoczęciem nauki zawsze liczę ilość stron (odejmując ilustracje;)) do opanowania, ustalając wcześniej, godzinę zakończenia pracy;), idąc do centrum handlowego wiem, do których sklepów wejdę, w jakiej kolejności je obskoczę itd itp...ale...

..lubię, gdy rzeczywistość miło mnie zaskakuje, gdy nieoczekiwanie wkrada się w mój plan coś nowego, coś co burzy mój cały zaplanowany porządek.

Lubię amerykańskie seriale.. Zarówno te 'branżowe' (np. dr House), jak i te bardziej 'głupkowate' niczym Gossip Girl;))

Lubię...kręcić bioderkami i wginać swoje ciałko w rytmie Madonny, czy Lady Gagi;))

Lubię książki wszelakie; czytać, oglądać, wertować, wąchać..

Lubię
buszować po sklepach z ciuchami, godzinami przechadzać się między wieszakami, oglądać, przymierzać, kupować.. A najbardziej kocham ten moment, kiedy wchodząc do sklepu, już z daleka, widzę uśmiechające się i machające do mnie rureczki, im węższe, tym lepsze;))

No i wreszcie.. Lubię, bardzo lubię, ba!, uwielbiam pieczone serniki...tak jak i ten pyszny Fudge Truffle Cheesecake..o którym niżej;))

Do dalszej zabawy zapraszam najnowszych 'durszlakowiczów', gdyż chętnie dowiem się czegoś więcej o 'nowych' uczestnikach naszej społeczności;)))

Kawę
Ozzie
Pat
Jagienkę
EVE
Baaaranka
Gruszkę z fartuszka
Kaligulę
Justin&Dorothy
Wegan

No ale wracając do ciacha..



Przepis na nie znalazłem szukając inspiracji na smaczne wykorzystanie puszki słodkiego mleka skondensowanego zalegającego w spiżarni.. Widziałem kilka ciekawych propozycji, do wypróbowania w przyszłości, ale żadna nie była tą, na którą miałem w danej chwili ochotę.
Już chciałem spałaszować jeden z moich ulubionych smakołyków tj. 'Skondensowane mleko słodzone, wyjadane łyżką prosto z puszki';)) gdy zobaczyłem ten serniczek. A jako że na sernik mam ochotę zawsze i wszędzie, klamka zapadła..

I absolutnie nie żałuję tej decyzji. Sernik jest pyszny!! Jest intensywnie czekoladowy, u mnie z delikatną, pomarańczową nutą w tle, ma przecudną konsystencję, tak inną, niż 'tradycyjne' serniki..

Polecam..




FUDGE TRUFFLE CHEESECAKE (SERNIK CZEKOLADOWY)

(Tortownica o średnicy 24 cm)
(przepis z moimi drobnymi zmianami np. fantastycznego przepisu Joanny)

Masa serowa:
*300g gorzkiej czekolady (u mnie 2xLindt 70%, 1xLindt Orange Intense)
*700g sera śmietankowego (użyłem Piątnicy)
*440g słodzonego mleka skondensowanego
*4 duże jajka
*2 płaskie łyżki mąki
*2 łyżki ekstraktu waniliowego

Składniki masy (oprócz czekolady) powinny mieć pokojową temperaturę.
Czekoladę roztopić w kąpieli wodnej, przestudzić.

Oprócz powyższych, przygotować kilka kartek z gazet typu Wyborcza. Są one potrzebne do owijania tortownicy z sernikiem. Kolorowe czasopisma i gazetki reklamowe się nie nadają! Muszą to być zwykle, codzienne, miękkie szmatławce! Zmoczone łatwo chłoną wodę i potem ją oddają w postaci pary wodnej. Dzięki temu ciasto pozostaje wilgotne, nie pęka na wierzchu i łatwo odchodzi od ścianek tortownicy. Para wodna z mokrych gazet spełnia poniekąd rolę kąpieli wodnej.

Przygotować gazety: kartkę złożyć wzdłuż na pół i jeszcze raz na pół. To samo zrobić z drugą kartką. Przygotowane opaski włożyć do miski napełnionej zimną wodą . Położyć na nich coś ciężkiego, by nie wypływały.
Piekarnik nagrzać do 250 stopni.

Ser zmiksować z mlekiem skondensowanym na gładką masę. Dodać roztopioną czekoladę, mąkę, ekstrakt waniliowy i jajka (po jednym). Miksować krótko, na małych obrotach, tylko do połączenia składników!
Masę serową wylać do formy. Tortownicę postawić na blasze do pieczenia. Boki owinąć przygotowanymi mokrymi opaskami z gazety. Wstawić ciasto do nagrzanego do 250 stopni piekarnika na 10 minut, po czym wyjąć. Nie bać się, nie opadnie! Piekarnik wystudzić do 160 stopni. Opaski zdjąć i jeszcze raz namoczyć w wodzie. Ponownie owinąć formę i wstawić do piekarnika na około 50 minut. Po wyjęciu z piekarnika studzić około 10 minut, po czym ostrożnie zdjąć obręcz tortownicy. Wystudzić całkowicie ciasto, a potem wstawić do lodówki na kilka godzin, a najlepiej na cała noc.

sobota, 5 czerwca 2010

Skubaniec, 10 zdjęcie...i bełkot przepracowanego studenta;p

Bo to wszystko nie tak miało być..
Nie miało mnie być teraz w domu..
Nie miało tu być skubańca..
No i, nie miało być mi tak źle;(



Wiem, brzmi to wszystko jak jeden wielki bełkot, ale jakoś ostatnio nie potrafię się ogarnąć;) Od nadmiaru nauki jestem jakiś taki nieobecny..zarówno tu, w wirtualnym świecie, jaki i, co gorsze, w tym rzeczywistym.

Ale po kolei..

Długi weekend zapowiadał się świetnie.. Piękna pogoda, wypad całą rodziną za miasto, tak upragniona chwila relaksu. I wszystko byłoby cudnie, gdyby nie...farmakologia... I ogromniaste zaliczenie, czające się na mnie w środę po tym weekendzie, na które kompletnie nic nie umiałem (heh tak to już jest jak przez cały semestr nie otworzyło się ani razu podręcznika://) Nie była to łatwa decyzja..ale jaka odpowiedzialna: postanowiłem: zostaję w domu, odbiję to sobie za trzy tygodnie, po sesji..

Żeby jednak osłodzić sobie troszkę ten niewdzięczny czas, postanowiłem upiec coś pysznego, tylko dla mnie:D Wybór był oczywisty: sernik!! Dlatego też, w środę, zaraz po powrocie z zajęć, wygrzebałem ze spiżarni małą tortownicę i zabrałem się do pracy. Nazajutrz, w Boże Ciało, gdy tylko rodzice z siostrą wyjechali, postanowiłem skosztować moje ciacho. Porzuciłem opasłe tomiska z farmy i udałem się do kuchni. I już chciałem ukroić sobie kawałeczek, kiedy w ostatniej chwili, wyrywając się z jakiegoś otępienia uświadomiłem sobie: Zdjęcia!!
Ogarnąłem trochę okolicę 'planu zdjęciowego', przełożyłem sernik na paterę, i właśnie go przenosiłem, kiedy...no cóż..tylko proszę Was, nie śmiejcie się ze mnie;), ni stąd ni zowąd, z przerażeniem zdałem sobie sprawę, iż...zapomniałem jakże 'istotnych' wskazań do stosowania betanecholu (taaa, jednego z leków) i ogarnął mnie taki irracjonalny strach...że z tego wszystkiego, sernik wylądował na podłodze, razem z paterą, która roztrzaskała się w pył. A wraz z nią moje marzenia o pysznym, kremowym kawałeczku ciasta.. Eh jak jest już źle, to nie da rady, musi być jeszcze gorzej..

I tak zostałem bez sernika;(( Za to teraz, na kolokwium, nie zagnie mnie już żadne pytanie z betanecholu;)))

Byłem zły, bardzo zły. Chciałem coś słodkiego.. Co było robić? Musiałem coś upiec. Tylko co? Maślankowe z truskawkami? Wszystkie truskawki już zjadłem.. Muffiny z rabarbarem? Eee, skończył się.. Brownies? Nie mam tyle czekolady.. Do każdego ciasta czegoś mi brakowało, a sklepy pozamykane;((

Skubaniec?!? Gdzieś tam ostał się chyba jeszcze słoik maminego wiśniowego dżemu..będzie idealny!!

I oto jest. Skubaniec. A raczej był, gdyż w swoim rozgoryczeniu, sam nie wiem jak, w mgnieniu oka, opróżniłem całą blaszkę;p

I jest mi lepiej. A raczej było.. Teraz znowu czeka mnie kolejny dzień z farmakologią, tym razem, już bez ciasta:(((



SKUBANIEC

(przepis za Komarką)

*200 g masła,
*4 jajka,
*3 szklanki mąki,
*1,5 łyżeczki proszku do pieczenia,
*1 szklanka i 2 łyżki miałkiego cukru,
*szczypta soli,
*2 łyżki kakao,
*słoik gęstego dżemu (najlepiej kwaskowatego)

Zimne masło posiekać z mąką, proszkiem do pieczenia, 2 łyżkami cukru, szczyptą soli i 4 żółtkami. Szybko zagnieść ciasto. Podzielić je na 3 części i jedną zagnieść z kakao. Uformować 3 kule i zostawić w lodówce na około godzinę.
Białka utrzeć ze szklaną cukru na sztywną pianę. Schłodzone ciasto białe starkować na dno tortownicy i posmarować grubą warstwą dżemu. Kakaową część ciasta starkować na dżem i ułożyć na niej pianę z białek. Na wierzch starkować ostatnią białą część ciasta. Piec około 40 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni (najlepiej z termoobiegiem, aby ładnie wysuszyć bezę).



No i 10 zdjęcie.. Myniolinka zaprosiła mnie do udziału w zabawie, polegającej na pokazaniu 10 zdjęcia w 10 folderze. Jako że zdjęcia mam na dwóch komputerach, w każdym na kilku różnych dyskach, dalej, w kilku różnych folderach, wybór tego 10 był trochę kłopotliwy. Gdy jednak udało mi się znaleźć 'tę' fotkę, okazało się, że jest to...zdjęcie preparatu histologicznego jelita grubego, które raczej niezbyt pasuje na tego bloga;))
Dlatego postanowiłem trochę nagiąć zasady, i wrzucam 10 zdjęcie, z 10 folderu ale z folderu 'wakacje'..



Patrząc na to zdjęcie, jakoś od razu poprawił mi się humor..

Heh udanego weekendu Wam życzę!!!

Ja tymczasem, wracam do książek;((((((

niedziela, 16 maja 2010

Sernik z ricottą i rabarbarem (Ricotta rhubarb cheesecake)



Z przerażeniem spojrzałem na datę ostatniego posta.. Moim usprawiedliwieniem jest, jak zawsze zresztą, uczelnia. Zaliczenie goni zaliczenie, egzamin za egzaminem, a w międzyczasie jeszcze na bieżące zajęcia trzeba się uczyć. A czasu wciąż brakuje..

Nie samą nauką jednak człowiek żyje. Po okresie strasznie wytężonej pracy umysłowej, zarządziłem wczorajszy dzień, dniem wolnym od nauki wszelakiej. Zaprosiłem znajomych, z założeniem, żeby rozpocząć mój tegoroczny sezon grillowy. Niestety, rzeczywistość zweryfikowała moje 'założenie'... Gdy za oknem zimno, szaro i mokro, trudno namówić kogokolwiek na 1,5 godzinne czatowanie na tarasie, przy grillu (a tyle czasu wymagała zaplanowana potrawa). Dlatego też, zakurzony grill wciąż czeka na tegoroczną inaugurację...a w ruch poszedł piekarnik....

Nie byłbym sobą, gdybym nie przygotował też czegoś słodkiego. Nie muszę chyba dodawać, że nikt nie był zaskoczony, gdy na stół wjechał sernik;) Już tak mam, jestem chyba jakiś wypaczony, gdyż serniki mógłbym jeść codziennie.

Ten sernik był jednak zupełnie inny. Bez twarogu. A z ricottą i mascarpone. Moja mama byłą bardzo sceptycznie nastawiona do mojego pomysłu "Jakoś M. przez pół Europy wozi do Holandii twaróg, żeby piec prawdziwy sernik, a Ty, gdy masz go w każdym sklepie, tak wymyślasz...'. Cóż, gdy sama spróbowała kawałek, wszelkie uwagi poszły w niepamięć, a słów uznania nie było końca;))

Sernik polany jest rabarbarowo-pomarańczową, przepyszną polewą. I to z czego jestem dumny, niemalże krwistoczerwoną polewą;))) Choć obleciałem trzy największe rynki w Poznaniu, nigdzie nie udało mi się dostać 'malinowego rabarbaru'. Bardzo mi jednak zależało na takim apetycznym kolorze, dlatego też pomyślałem o ewentualnym 'podbarwienu' polewy truskawkami. Niestety, gdy w piątek wieczorem dotarłem wreszcie do domu, uświadomiłem sobie, że zapomniałem o dwóch ważnych składnikach: mące kukurydzianej i truskawkach właśnie. Jak więc uzyskałem ten kolor?? Na szczęście, z myślą o ewentualnych innych wypiekach, kupiłem dużo rabarbaru, prawie 20 łodyg (choć ten przepis wymaga 5). I z każdej łodygi wykorzystałem tylko kawałek, proksymalny do korzenia, mający biały miąższ i intensywnie czerwony kolor - efekt był bardzo zadawalający.

Musiałem jeszcze czymś zastąpić mąkę kukurydzianą. Jasne, mogłem ją po prostu pominąć, zrobić zwykłe kruche ciasto, ale wtedy nie uzyskałbym tego ślicznego, żółtego koloru. Postanowiłem zatem...zmiksować płatki cornflakes.. Efekt był ciekawy..choć spód wyszedł trochę twardy, był żółty..i wciąż pyszny..

Całość smakowała genialnie!!! Rabarbarowa polewa idealnie współgrała z delikatnym smakiem sera. Sama masa serowa miała fajną konsystencję. Dzięki użyciu ricotty, nie był on idealnie gładki i aksamitny...Cudowny... Polecam gorąco!!



SERNIK Z RICOTTĄ, MASCARPONE I RABARBAREM

(proporcje na tortownicę o śr. 27cm, inspirowany tym przepisem)

SPÓD:
* 180g masła
* 70g drobnego cukru
* 460ml mąki
* 330ml mąki kukurydzianej (u mnie zmielone płatki kukurydziane)
* szczypta soli

MASA:
* 750g ricotty
* 250g serka mascarpone
* 6 jajek
* szklanka cukru
* 1 cytryna (sama skórka)
* 1 pomarańcza (sama skórka)
* 30g mąki (u mnie budyniu waniliowego bez cukru)
* łyżeczka esencji waniliowej

POLEWA:
* 5 łodyg rabarbaru pokrojonego w centymetrowe kawałki
* 1 szklanka cukru
* 2 pomarańcze (sok i skórka)

Spód: Masło utrzeć w robocie z cukrem. Dodać mąkę, mąkę kukurydzianą i sól, zmiksować. Otrzymane okruchy, przerzucić do tortownicy i wylepić nimi spód i brzeg.
Podpiec 20-25 minut w 175stC. Ostudzić.

Masa: Do robota wrzucić ricottę, mascarpone, cukier i mąkę, dokładnie zmiksować. Ciągle miksując dodawać po 1 jajku. Gdy powstanie jednolita masa dodać skórkę otartą z 1 cytryny i jednej pomarańczy, oraz esencję waniliową. Wszystko dokładnie wymieszać.

Przelać na podpieczony i wystudzony spód. Piec 50 minut w 165stC. Po tym czasie, wyłączyć piekarnik, i zostawić sernik w środku na ok 20-30 minut. Stopniowo uchylając drzwiczki, wyjąć sernik z piekarnika, ostudzić. Przykryć folią aluminiową, włożyć na noc do lodówki.

Polewa: Wszystkie składniki wrzucić do rondelka. Gotować na małym ogniu, aż cukier się rozpuści, a całość lekko zgęstnieje. Ostudzić. Schłodzić w lodówce.


Bezpośrednio!! przed podaniem, sernik polać polewą. Ewentualnie można także podać polewę osobno, i 'okrasić' nią już pokrojone kawałki ciasta, na talerzykach:))

EDIT: Po upieczeniu sernika po raz kolejny, na oryginalnym spodzie (tj. na bazie mąki kukurydzianej), muszę stwierdzić, iż ten z płatków jest o wiele lepszy;))



poniedziałek, 3 maja 2010

Tarta rabarbarowa po alzacku.. Genialna..



Możecie się ze mnie śmiać, możecie nie wierzyć...ale do wczorajszego dnia, nigdy nie miałem w swoich ustach rabarbaru..

Nigdy nie rozumiałem, jak można jeść coś...co się tak nazywa;) Ze wszelkich ciast, drożdżówek, zawsze wyrzucałem to różowe 'coś'. Dziś żałuję.. Tyle straconych lat, w ciągu których mógłbym cieszyć się jego obłędnym smakiem.. No trudno..

Na szczęście się przełamałem, spróbowałem, i pokochałem..

Na swój rabarbarowy debiut czekałem prawie cały rok. Od lipca. Właśnie wtedy coś we mnie pękło, czy jak lubię sam o tym myśleć, właśnie wtedy 'kulinarnie' dojrzałem.
Wcześniej, mimo posiadania dowodu osobistego;) mentalnie byłem bardzo dziecinny:

-Lubisz ...?
-Niee..
-A próbowałeś?
-No nie.
-No to spróbuj.
-No ale ja nie lubię..

Wcześniej często tak wyglądały moje rozmowy o jedzeniu. Teraz jest inaczej. Próbuję wszystko, co się da. Korzystam z każdej możliwości, aby poznać nowe smaki, aby spróbować czegoś nowego. Oczywiście dalej są rzeczy, których nie lubię, tylko teraz, wiem przynajmniej jak smakują;)))

Ale wracając do rabarbaru.. Kiedy w piątek, będąc na ryneczku zobaczyłem rabarbar, wpadłem w ekstazę! Nareszcie, pomyślałem. Przeciskałem się pomiędzy tłumem emerytów przechadzającymi się niespiesznie pomiędzy straganami (było to ok godz. 11), chcąc zdobyć upragnione łodygi. W popłochu rozglądałem się na boki: który wybrać? Długi? Krótki? Cienki? Gruby? Nie miałem pojęcia... Zadzwoniłem do mamy. Niestety, nie potrafiła mi doradzić. W końcu..stanąłem w najdłuższej kolejce, uznając ją za dobry znak i kupiłem swój pierwszy w życiu rabarbar.

Nie trudno się domyślić, iż wybór łodyg na rynku, był niczym w stosunku do mojego późniejszego utrapienia, jakim był wybór odpowiedniej dla nich oprawy. Dobrych kilka godzin spędziłem przed monitorem przeglądając setki przepisów, wiele było ciekawych, wiele w najbliższej przyszłości niewątpliwie wypróbuję, żaden jednak nie był odpowiedni na ten 'pierwszy raz'. Kolejne godziny spędziłem wertując książki kucharskie, aż wreszcie znalazłem.. Stwierdziłem, że Pierre Hermé i jego Tarta rabarbarowa po alzacku, będzie idealną inauguracją mojej rabarbarowej przygody...

I się nie pomyliłem..



Tarta jest przepyszna. Cienki kruchy spód, kawałki kwaskowatego rabarbary zatopione w polewie migdałowej, a całość schowana pod grubą, migdałową, kruszonkową pierzynką.. Czyż to nie brzmi wspaniale??

Przepis zaczerpnąłem z książki "Desery" Pierre Hermé. Musiałem wprowadzić w nim jednak do niej małe zmiany - jedne celowo, inne mniej. Po prostu, po zrobieniu kruchego ciasta, okazało się, iż jest go trochę mało.. Obawiając się, że podobnie może być z pozostałymi składnikami, za wczasu zwiększyłem ich ilość...i to była bardzo dobra decyzja!!
Druga, trochę mniej zamierzona zmiana - ilość masła w polewie migdałowej - musiałem je zmniejszyć..gdyż więcej nie miałem (wg przepisu, polewy na tarcie powinno być o połowę mniej i na tyle byłem przygotowany). Kupiłem 250gramowe masło z Kościana, z którego po zrobieniu spodu i kruszonki zostało mi tylko 75g, i właśnie tyle dałem do ciasta (nie chciałem dodawać solonego, a tylko takie miałem jeszcze w domu)...i stwierdzam, że i tak mogłoby być go trochę mniej..
Całość smakuje jednak obłędnie...

Jest jednak sprawa, która bardzo mnie zaintrygowała.. Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby ktoś z Was, potrafił rozwiać moje wątpliwości..
Moje odwieczne wyobrażenie o rabarbarze było takie, iż jest to intensywnie różowe warzywo. Wszelkie ciasta, crumble, czy dżemy, z którymi się w życiu spotkałem...były czasem wściekle, czasem mniej, ale zawsze różowe. Jakie więc było zdziwienie, gdy po przekrojeniu łodyg, ukazał się moim oczom...zielony środek. Pierwsza myśl - jest niedojrzały!! Druga - może trzeba było wziąć dłuższe/krótsze, grubsze/chudsze łodygi..
No nie potrafię tego pojąć;(( Czy moglibyście mi pomóc?? Bo na samą myśl o np. rabarbarowym crumble, w kolorze przeżutej trawy robi mi się słabo;))

Gorąco polecam!!!




TARTA RABARBAROWA PO ALZACKU

(przepis na formę o śr. 26cm - uwzględniłem w nim swoje zmiany ilości składników)

Kruchy spód:
* 125g masła, w temperaturze pokojowej
* pół łyżeczki miałkiej soli
* 33ml zimnego mleka lub wody
* 165g mąki

Owocowe nadzienie:
* 600g rabarbaru
* 60g cukru pudru

Polewa migdałowa:
* 2jajka
* 150g cukru pudru
* 5 łyżek mleka
* 5 łyżek kremówki
* 50g mielonych migdałów
* 75g oziębionego masła, pokrojonego na wiórki (w oryginale 110g)

Kruszonka migdałowa:
* 75g masła, oziębionego
* 75g cukru, drobnego kryształu
* 75g mąki
* 75g utartych migdałów
* szczypta soli
(* garść płatków migdałowych - S.)

Owocowe nadzienie:
W przeddzień obrać rabarbar, pokroić na kawałki długości 2cm i włożyć o dużej miski. Posypać cukrem pudrem, przykryć i odstawić na co najmniej 8 godzin.

Kruchy spód:
Masło pokroić na bardzo małe kawałki i włożyć do salaterki. Rozgnieść drewnianą szpatułką i lekko utrzeć.
Do miseczki wlać mleko (lub wodę), dodać sól, i mieszać, aż sól się rozpuści. Płyn stopniowo połączyć z masłem ciągle mieszając drewnianą szpatułką.
Mąkę przesiać przez sitko. Stopniowo dosypując mąkę do masy maślanej, mieszać, aż składniki się połączą.
Ciasto przełożyć na stolnicę i wygniatać wewnętrzną stroną dłoni, aż będzie gładkie. Uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i wstawić na dwie godziny do lodówki.

Rabarbar włożyć do cedzaka i osączać przez 30 minut.

Nagrzać piekarnik do 180stC.

Ciasto rozwałkować na okrągły placek, wyłożyć nim formę do tarty o średnicy 26cm. Ponakłuwać widelcem.
Ciasto przykryć krążkiem pergaminu i formą napełnić suchą fasolą.
Wstawić do piekarnika na 15 minut.

Polewa:
W miseczce utrzeć jajka z cukrem. Wlać mleko i śmietankę. Dodać migdały i masło, wymieszać.

Kruszonka:
Masło pokroić w kostkę o boku ok. 1,5cm. Włożyć do salaterki, dodać cukier, sól, mąkę i utarte migdały. Rozcierać drewnianą łyżką, aż utworzą się grudki zbliżonej wielkości. (Składniki można również rozcierać palcami, aż drobinki masła pokryją się mąką i migdałami).

Z ciasta usunąć pestki i papier. Na cieście rozłożyć rabarbar, polać polewą migdałową i wstawić do piekarnika.
Po 15 minutach pieczenia tartę posypać kruszonką migdałową (od siebie dodałem jeszcze płatki migdałowe) i piec dalej przez 20 minut.

Podawać na zimno.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Sour cream cheesecake..


Wiem, wiem.. Nie było mnie chwilkę. Niestety, zajęcia na uczelni, liczne koła, zaliczenia, mocno dały mi się we znaki.

Moje piątkowe imieniny skutecznie jednak oderwały mnie od nauki. Wiadomo, imieniny = świętowanie, a świętowanie = sernik;p

Są nazwiska, które są marką samą w sobie. Jednym z nich jest niewątpliwie David Lebovitz. Uwielbiam jego stronę, jego przepisy. Każdy, który wypróbowałem, okazywał się być sukcesem. Dlatego też, mając niewiele czasu, nie mogłem pozwolić sobie na skomplikowane receptury, czy wielce wyszukane wypieki, musiałem wybrać sernik szybki i pyszny, dokładnie taki jak jego sour cream cheesecake..

Sernik jest cudowny. Dzięki temu, iż jest pieczony w kąpieli wodnej ma idealnie kremową konsystencję. Po prostu rozpływa się w ustach. Do tego, ma bardzo delikatny smak.
Jako że nie ma w nim żadnych dominujących dodatków, od siebie dodałem przepyszny, chałwowy spód. Całość tworzy wspaniałą harmonię smaków;)) Polecam!!!





SOUR CREAM CHEESECAKE

(tortownica śr. 27cm)

SPÓD:
* 1,25 szklanki mąki
* 100g chałwy
* 90g masła
* 1 żółtko
* odrobina esencji waniliowej
* szczypta soli

Wszystkie składniki wrzucić do miksera. Zmiksować.
Tortownicę wyłożyć folią aluminiową. Chałwowy "pył" wysypać do tortownicy i dokładnie ubić palcami. Schłodzić godzinę w lodówce.
Podpiec 15 minut w 170stC.

MASA:
* 700g twarogu do sernika
* 2 szklanki cukru (dałem ok. 1,75)
* łyżeczka esencji waniliowej
* skórka otarta z jednej cytryny
* 8 jajek
* 3 szklanki kwaśnej śmietany (użyłem 18%)

W dużej misce wymieszać ser i cukier. Zmiksować do uzyskania gładkiej masy. Dodać esencję i skórkę z cytryny. Ciągle miksując, dodawać po kolei jajka. Dorzucić śmietanę, dokładnie wymieszać.

Masę (jest bardzo rzadka ale właśnie taka ma być!) przelać na podpieczony spód.

Piec w temp. 180stC, w kąpieli wodnej 1h 20min.
Pozostawić do ostygnięcia w piekarniku. Gdy ostygnie, schłodzić w lodówce co najmniej 3h, a najlepiej całą noc.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Baba szafranowa, czyli przerost treści nad formą..


Kilka dni przed świętami:

-Mami.. Kupmy nową formę do babki..
-Po co?
-Jak to? Żeby upiec babę na święta..
-Ale babkę kupimy, tam gdzie zawsze.
-Phi! ZAPOMNIJ...

Wypieków wielkanocnych ciąg dalszy.. Ale nie martwcie się - nie będę Was męczyć świątecznymi słodkościami do maja;) To już ostatnia część mojej 'wielkanocnej relacji'.
Tym razem kolej na babę. Nie byle jaką babę, a 'Babę szafranową niezwykle odświętną'. Nie byle jaką babę, a moją pierwszą, drożdżową.

Jak widzicie, bardzo zaskoczyłem mamę swoim pomysłem. Sam nie wiem dlaczego. Owszem, nie wspominałem jej o moich zamiarach, jednak już wiele tygodni wcześniej rozpocząłem swoje poszukiwania tego jedynego przepisu.
Przyjąłem jedno podstawowe kryterium: duuużo żółtek..gdyż w moim mniemaniu, o jakości baby, świadczy właśnie ilość żółtek. (Szczerze? Nie wiem czy słusznie.. Niech ktoś ewentualnie wyprowadzi mnie z tego błędu..)

Pierwszy wybór padł na parzoną babę Ćwierczakiewiczowej. Kopa żółtek do mnie przemawiała..i to jak!! (oczywiście nie planowałem robić jej z całego przepisu, jednak sam stosunek żółtek do mąki był bardzo zachęcający). Gdy jednak postanowiłem zmierzyć się z tym przepisem, tj przeliczyć te wszystkie garnce, czy łuty na normalne jednostki, trochę się pogubiłem. W żaden sposób nie pomagał mi także jakże obrazowy sposób doboru właściwej temperatury pieczenia: "W piecu palić drewnem sosnowem, drobnem, w długie bardzo kawałki rąbnem, żeby wszędzie płomień piec ogarnął. Gdy się w piecu wypali, rozgarnąć węgle po całym trzonie, rurę, drzwiczki i wszelkie lufta pozamykać, a gdy się węgle spopielą, wymieść do czysta popiół [...]"...

Przyznaję, stchórzyłem.. Stwierdziłem, że na swoją debiutancką babę drożdżową, muszę wybrać coś bardziej jasnego i pewnego;) Wybór padł na babkę szafranową Polki.

Nie obyło się jednak bez pewnych zmian, bardziej lub mniej zamierzonych.. Piekąc z połowy porcji, zamiast 12 żółtek..użyłem 16. To był pełen spontan, po prostu moja mama potrzebowała kilka białek, to ja bach, i żółtka w babce;)
Druga zmiana dotyczyła ilości szafranu. Po przeliczeniu 6g tej 'najdroższej przyprawy świata', na 0,12g torebeczki, które zwykłem kupować, aż zakręciło mi się w głowie. Koniec końców stwierdziłem, iż wydatek ponad 100zł, dla uzyskania pięknego, żółtego koloru, nie byłoby zbyt roztropne. Dodałem jedno opakowanie szafranu - może i baba nie jest tak śliczna i żółciutka, jak mogłaby być, ale aspekt ekonomiczny wziął górę;) (A dzięki dodatkowi tych cudnych niteczek, nawet w takich śladowych ilościach, wciąż mogę ją nazywać babą szafranową;))
Pewien problem pojawił się także przy wyrastaniu zaczynu. Mimo iż przygotowałem go w naprawdę dużym dzbanku, 1/3 po prostu mi uciekła. Chciałem ratować sytuację dodając odrobiną drożdży suszonych...ale takowe mi się skończyły.

'Najdramatyczniejsze' wciąż było jednak przede mną.. (Należy tu wspomnieć, iż w natłoku świątecznych zakupów i spraw do załatwienia, w końcu zapomniałem o nowej formie, tak że musiałem zadowolić się starą, niezbyt pojemną).
Widząc objętość ciasta po pierwszym wyrastaniu, nieco się przeraziłem. Było go straaasznie dużo. Zdecydowałem się podzielić ciasto: 2/3 przełożyłem do babkowej formy,a z reszty upiekłem marcepanowe bułeczki;) Jakie było moje zdziwienie, gdy po godzinie drugiego wyrastania, szmatka którą przykryłem babkę...lewitowała nad formą. A to za sprawą ciasta, które w oka mgnieniu tak wyrosło. Po włożeniu do pieca (żeby babka się w ogóle zmieściła, musiałem raszki wsunąć na najniższy poziom) po paru chwilach, baba zajęła całą wysokość piekarnika...

Wyglądała komicznie..przerost treści nad formą..dosłownie;)))

Efekt końcowy był jednak cudowny. Babka jest niezwykle puszysta, leciutka. Nie jest zbyt słodka, dzięki czemu, świetnie się nadaje na zakończenie świątecznego deseru, gdy komórki naszego ciała są wrecz wypchane cukrem pochodzącym z serników, mazurków i innych smakołyków. Polecam!!! Tylko jedna uwaga, następnym razem dałbym dużo więcej bakalii, gdyż giną one przy takiej objętości ciasta..



Baba szafranowa niezwykle odświętna
(zrobiłem z połowy porcji)
(przepis, z własnymi zmianami, cytuję za Polką)

*1kg mąki pszennej
*300ml mleka
*300g cukru
*400g masła
*24 żółtka (piekąc z połowy porcji, dałem 16)
*150g drożdży
*12g szafranu (dałem 0,12g)
*60ml spirytusu (dałem łyżeczkę, tak żeby namoczyć szafran)
*2 łyżki stołowe rodzynek
*2 łyżki stołowe kandyzowanej skórki pomarańczowej
*pół szklanki rumu do namoczenia rodzynek
*1 łyżeczka soli
*2 duże formy do pieczenia
*masło do wysmarowania form
*odrobina mąki do wysypania form

Z drożdży, 4 łyżek cukru, ciepłego mleka i 2 łyżek mąki przygotowujemy zaczyn. Przykrywamy lniana ściereczką i zostawiamy na godziną do wyrośnięcia.
Szafran zalewamy spirytusem i zostawiamy na godzinę.
Rodzynki i skórkę zalać rumem i odstawić na pół godziny.
Masło stopić (uważać, żeby masło nam się nie zagotowało!)
Żółtka ucieramy z cukrem do białości (wtłaczamy powietrze co zapewni babie puszystość), dodajemy wyrośnięty zaczyn i przesiana mąkę. Wyrabiamy. Gdy ciasto zacznie odstawać od rak (u mnie po ok godzinie) dodajemy stopione i schłodzone masło. Ciasto ponownie wyrabiamy, po czym dodajemy odcedzone rodzynki i skórkę oraz szafran razem ze spirytusem. Ciasto wyrabiamy tak długo, aż będzie gładkie i lśniące. (Odstawiłem ciasto na godzinę, do wyrośnięcia).
Formy do pieczenia bab smarujemy masłem i lekko posypujemy mąką strzepując jej nadmiar. Wypełniamy ciastem do 1/3 wysokości, przykrywamy ściereczkami i zostawiamy do wyrośnięcia (u mnie drugie wyrastanie).
Gdy ciasto podwoi swoja objętość, pieczemy przez 1 godzinę w temp. 180 st.C.

Babę można polukrować lub posypać cukrem pudrem.



Źrodło: 'Kuchnia Kresowa z Podlasia' Adrianna Ewa Stawska

Kuchnia Wielkanocna 2010

sobota, 20 lutego 2010

Witaminowe brownies...



Dziś w kuchni spotkały się dwie moje słabości: ciągła potrzeba próbowania czegoś nowego, chęć poznawania nowych smaków, oraz zamiłowanie do zdrowego odżywiania - momentami wręcz maniakalne;) Co powstało z tego niebezpiecznego połączenia? Zdrowsza wersja brownies.

Przepisów na to małe, wilgotne i przepyszne ciacho jest wiele. Sam wypróbowałem co najmniej kilkanaście, nim znalazłem to "najlepsze". Tak, mam już swoje swoje "brownies idealne" (niebawem i na nie pojawi się przepis na moim blogu) ale mimo to, nie spocząłem na laurach, nie zaprzestałem dalszych poszukiwań.
O mojej fascynacji zdrową żywnością można by opowiadać godzinami, ale nie czas i miejsce na to, dlatego od razu przechodzę do sedna.

Przepis na ciacho znalazłem tutaj. Dodatek zarodków pszennych bardzo mnie zaintrygował, a trwający właśnie Czekoladowy Weekend zachęcił do natychmiastowego wypróbowania, tej zdrowszej alternatywy. Muszę przyznać, że efekt był bardzo zadowalający. Ciacho jest bardzo podobne do swojego 'klasycznego kolegi', jest jedynie minimalnie delikatniejsze. I co ważne, można się skusić na dokładkę bez wyrzutów sumienia - w końcu jest to istna bomba witaminowa;)



Witaminowe brownies

Składniki na małą blaszkę - piekłem w formie 21x25cm

*250g gorzkiej czekolady (użyłem Lindt 70%)
*5 łyżek niesolonego masła
*5 jajek
*250g brązowego cukru
*łyżka esencji waniliowego
*1/2 szklanki zarodków pszennych
*niepełna szklanka mąki pszennej
*1/2 szklanki jogurtu greckiego (nie light)
*łyżeczka soli

Czekoladę połamać na drobne kawałki. Rozpuścić razem z masłem w kąpieli wodnej. Odstawić do przestygnięcia.
Zarodki zmiksować w mikserze na pył.
Jajka ubić z cukrem i esencją waniliową, do białości (10 minut mikserem, na wysokich obrotach).
Do otrzymanego kogla-mogla dodać pozostałe składniki. Wymieszać dokładnie, po czym ubijać całość ok 5 minut (ponownie mikserem na wysokich obrotach).
Odstawić na 20 minut.
Przełożyć do formy, wysmarowanej wcześniej masłem.
Piec 25-30 minut w piekarniku w 190stC.
Odstawić do wystygnięcia.
Ciasto, po ostygnięciu, najlepiej zawinąć w pergamin i odstawić na noc.





Jest to moja druga propozycja z okazji trwającego właśnie Czekoladowego Weekendu

Related Posts with Thumbnails